Nie mieliśmy innego wyjścia

Niedawno wzięliśmy kredyt na własne cztery kąty i zaczęliśmy planować remont. Oszczędzaliśmy dosłownie na wszystkim, a tu nagle właściciel kawalerki, którą wynajmowaliśmy, zwiększył opłaty za czynsz o 50%. Stwierdził, że jak nam to nie odpowiada, to możemy się wynosić. Nie czekając długo, w ciągu 48 godzin spakowaliśmy manatki i przenieśliśmy się do moich rodziców.

Nasza koleżanka, która jest prawnikiem, dała nam do zrozumienia, że to mogło kłócić się z przepisami, ale nie mieliśmy ochoty wdawać się z gościem w dyskusje. Właśnie dlatego oferta mojej mamy była dla nas wybawieniem i darem od losu.

– Zapraszamy was do siebie, dopóki nie znajdziecie własnego gniazdka. Po co wydawać kasę na tymczasowe lokum i tracić nerwy na szukanie czegoś przejściowego? – usłyszałam od niej przez słuchawkę, gdy przyznałam się, że jesteśmy na finansowym dnie, a na dodatek właściciel mieszkania wypowiedział nam umowę od przyszłego miesiąca.

– Ale nie sprawię wam tym problemu? – dopytałam na wszelki wypadek.

– Jakiego problemu, postradałaś zmysły? Nie wygaduj bzdur! W końcu do woli nacieszymy się naszym małym skarbem! – z głosu mamy biła nieskrywana, prawdziwa radość.

Chociaż Marek miał pewne wątpliwości, udało mi się go przekonać, że to słuszna decyzja. Tak oto na początku marca nasza trójka przekroczyła próg domu mojej rodziny. Powitały nas entuzjastyczne wiwaty rodziców i wesoły szczek Mańka, który machał ogonem na wszystkie strony. Ledwo co znaleźliśmy się w przedpokoju, a już poczułam kuszące zapachy pieczonego mięsa i słodką woń drożdżówki. To aromaty, które pamiętam z czasów, gdy byłam małą dziewczynką.

Znowu poczułam się jak mała dziewczynka po powrocie z lekcji. Ogarniała mnie radość i wzruszenie. Początek wspólnego mieszkania układał się wspaniale. Razem przyrządzaliśmy jedzenie, jedliśmy posiłki, graliśmy w planszówki, godzinami rozmawialiśmy i dużo żartowaliśmy. Owszem, musieliśmy trochę się do siebie dopasować, ale chodziło o naprawdę drobne sprawy. Korzystanie z jednej toalety w pięć osób (wliczając w to dopiero co odpieluchowaną trzylatkę!) jest nieco kłopotliwe, więc moja mama musiała zrezygnować z długich, wielogodzinnych kąpieli z pianą i lampką białego wina.

Myślałam, że sprawa jest poważniejsza

Odkąd u nich zamieszkaliśmy, mój małżonek przestał paradować po mieszkaniu tylko w slipkach, ponieważ powodowało to zażenowanie u moich rodziców. Na całe szczęście nie dochodziło do żadnych spięć związanych z naszą córeczką Basią. Nie częstowali wnusi cukierkami, nie kupowali jej zabawek z plastiku i nie zezwalali na oglądanie kreskówek w TV. Byli wspaniałymi dziadkami, pełnymi miłości, ale jednocześnie trzymającymi się zasad, które wspólnie z mężem ustaliliśmy, więc wszystko grało. A przynajmniej tak sądziłam…

Po tygodniu w domu moich rodziców, dostrzegłam, że mój małżonek jest pochmurny i zdenerwowany. Gdy dopytywałam go, co się dzieje, kręcił przecząco głową i mamrotał pod nosem:

– Nic takiego.

Nie dałam za wygraną. A że jego dąsy nie ustępowały, nie odpuszczałam i ciągle drążyłam temat:

– Skarbie, doskonale widzę, że coś cię gryzie. Możesz mi zdradzić, o co chodzi?

– Zostaw mnie w spokoju!

– Nie ma mowy, dopóki nie wyśpiewasz, co ci leży na sercu!

– No dobra. Ale daj mi słowo, że nie weźmiesz tego do siebie – w końcu się zgodził.

– Daję ci słowo.

– Sprawa dotyczy twojego ojca.

– Okej, a możesz podać jakieś szczegóły?

– Wiesz, zagląda do mnie czasami nawet kilkanaście razy dziennie. Zazwyczaj z jakimiś błahostkami. Raz prosi mnie o pomoc przy jakiejś pierdółce na komputerze, innym razem pyta czy nie miałbym ochoty na kawę. No i tak w kółko. Nie zrozum mnie źle, nie mam nic przeciwko teściowi, ale chyba wiesz o co mi chodzi…

Jasne, pojmowałam sytuację. Mój małżonek trudni się księgowością i zazwyczaj wykonuje swoje obowiązki z domu. Sporo ludzi sądzi, że jeżeli ktoś nie udaje się codziennie do firmy na osiem godzin, oznacza to, że jest nierobem. Tata uprzykrzał się Markowi podczas pracy, a ten był nazbyt uprzejmy, by poprosić go o opuszczenie pokoju.

– Pogadam z mamą, a ona z tatą. Daję ci słowo, że już nie będzie się narzucał, gdy pracujesz – zobowiązałam się.

– Wielkie dzięki, skarbie. Zdajesz sobie sprawę, że bardzo go cenię, ale forsa nie przyjdzie sama.

– Ależ oczywiście, kotku, w pełni to rozumiem – zapewniłam Marka.

Szczerze porozmawiałam z moją rodzicielką, która z kolei przemówiła do rozsądku ojcu, że jego wyśniony mąż córki wcale nie próżnuje bez powodu, a po prostu zalicza solidne godziny pracy, nawet jeśli robi to w piżamie. I absolutnie nie potrzeba go zabawiać, żeby się nie zanudził – wręcz przeciwnie, trzeba dać mu święty spokój.

Teraz do mnie się przyczepił

Udało się załatwić sprawę. Przez parę dni panowała sielanka, ale potem znowu zauważyłam, że mój mąż się boczy. I po raz kolejny musiałam niemalże siłą wyciągać z niego o co chodzi, bo jak to on, na początku upierał się, że „nic się nie stało”. Okropnie mnie to w nim denerwowało. Ale ponownie namówiłam go, żeby się odezwał.

– Matka ci we wszystkim pomaga – powiedział pod nosem, unikając mojego wzroku.

– Co takiego?!

– Przygotowuje dla nas posiłki. Ostatnio wparowała do sypialni po ciuchy do prania. Nawet zaparzeniem herbaty się zajmuje.

Słowa utknęły mi w gardle z oburzenia. Miałam wielką chęć określić mojego małżonka różnymi epitetami, takimi jak kretyn czy osioł, jednak policzyłam w głowie do dziesięciu, żeby się opanować i rzuciłam lodowatym tonem:

– Sugerujesz, że jestem leniwa? Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak wykańczająca jest opieka nad naszą córeczką? Nie, pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy. Ponieważ to ja głównie zajmuję się Basią. Ty od czasu do czasu raczysz ją wykąpać i wydaje Ci się, że już jesteś tatą doskonałym! – niestety puściły mi nerwy i podniosłam ton. – A pomyślałeś chociaż przez chwilę, że moja mama parzy mi herbatę, bo chce mi w ten sposób pomóc, kiedy dosłownie padam z nóg z przemęczenia? Ponieważ mnie kocha i dba o mnie? Kiedy ty ostatni raz zaparzyłeś mi herbatę?

– Ostatniej nocy – stwierdził. – Mam na myśli to, że odkąd mieszkamy z twoimi rodzicami, zapomniałaś, że już dawno wyrosłaś z pieluch i jesteś moją małżonką.

– O co ci chodzi?

– Nasze życie miłosne nie istnieje.

Aha, więc w tym tkwi sedno problemu. Ale to przecież nie przeze mnie.

– Dlatego, że nie masz ochoty! – zarzuciłam mu prosto w oczy.

– Bo krępuję się, gdy twoi starzy są tuż obok! Skoro ja słyszę ich śmiech, to na pewniaka oni też by usłyszeli nasze harce w sypialni, no nie? – wypalił bez ogródek.

– No tak, to wszystko przez nich. Może powinni się wynieść do jakiejś nory? Gościmy u nich za darmochę, a ty masz tupet gadać, że ci przeszkadzają? I zrzucasz na nich odpowiedzialność za to, że jesteś impotentem. Ale z Ciebie drań!

Z furią wyrzuciłam z siebie te straszne słowa prosto w jego twarz, po czym wypadłam z pomieszczenia, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Następnie schowałam się w toalecie, gdzie zaczęłam głośno rzucać przekleństwami. Najchętniej pobiegłabym od razu do mamy, żeby poskarżyć się na zachowanie Marka.

W tym momencie uświadomiłam sobie jednak, że mój mąż nie jest pozbawiony racji. Zachowuję się jak mała dziewczynka, która szuka pomocy u mamusi. Tymczasem jako dorosła osoba powinnam sama uporać się z problemami, jakie pojawiają się w naszym związku. Usiadłam więc na krawędzi wanny i zaczęłam intensywnie zastanawiać się nad naszą sprzeczką.

Próbowałam zachować bezstronność

Po tym, jak już się uspokoiłam, przemyłam buzię lodowatą wodą i ruszyłam w stronę pokoju Marka.

– Wybacz mi proszę, że tak na ciebie nakrzyczałam – rzekłam.

– Nic się nie stało, nie jestem zły – odparł, jednak jego spojrzenie zdradzało zupełnie inne emocje.

– Masz rację, pokazywałam swoją niedojrzałość. Czułam się jak rozpieszczona królewna, którą wszyscy się opiekują. Ale ty także postępujesz czasem jak dzieciak! Fochasz się, nic nie mówisz. I robisz tak od momentu, gdy zamieszkaliśmy z moimi rodzicami, za każdym cholernym razem. To doprowadza mnie do szału.

Marek nie odezwał się ani słowem. Wiedziałam, że nie powinnam na niego napierać. Mój mąż to typ człowieka, który potrzebuje czasu, by przeanalizować usłyszane pretensje. Musi je dokładnie przemyśleć, zanim będzie w stanie bez emocji o nich podyskutować.

– Co ty na to, abyśmy poszukali innego lokum?

– Słucham? – Marek nie krył zdziwienia nagłą sugestią i diametralną zamianą wątku rozmowy.

– Istnieje opcja, byśmy wynajęli jakieś mieszkanie. Owszem, przedłuży to prace remontowe w naszych czterech kątach, ale życie toczy się dalej. No to jak, pakujemy manatki? – ponowiłam pytanie.

– Chciałbym mieszkać tylko we trójkę: ja, ty oraz Basia. Brakuje mi tego, nas, naszej niewielkiej rodziny – w końcu przyznał Marek.

Poczułam, jak rozpiera mnie radość.

– A więc zmieniamy miejsce zamieszkania? – dopytałam.

– Twoi rodzice mogą być rozczarowani…

– Wcale nie. Na pewno to zrozumieją. Oni są naprawdę w porządku, rozumiesz? – powiedziałam do mojego ukochanego.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Jedynie wspaniali ludzie mogli stworzyć tak cudowną osobę jak ty.

No i w końcu przestaliśmy gadać, a zaczęliśmy się miziać, przytulać i po prostu się kochać. Problemy Marka z potencją zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! Spakowaliśmy manatki i pożegnaliśmy się z moimi rodzicami. Ten epizod uświadomił nam, że nie nadajemy się do egzystencji w wielkim klanie, gdzie wszyscy żyją na kupie. Zdaliśmy sobie sprawę, że niezbędna jest nam prywatność, wolność i bliskość, o które strasznie ciężko, kiedy człowiek dzieli z kimś cztery kąty.

Nie żałuję tego niedługiego okresu, kiedy mieszkaliśmy z rodzicami. Wpłynęło to dobrze na moje stosunki z mężem. Jakbyśmy spojrzeli na siebie w krzywym lustrze. Obydwoje pojęliśmy, że nie jesteśmy aż tak dorosłymi i dojrzałymi ludźmi, jak sądziliśmy, skoro mało istotne rzeczy omal nie doprowadziły do kryzysu w naszym związku małżeńskim. Teraz staramy się nad nim pracować, prowadzimy rozmowy, wsłuchujemy się w siebie wzajemnie. Marek już nie chowa w sobie żalu jak dawniej i… często robi mi herbatkę.

Ewelina, 29 lat