„Gdy na emeryturze zachorowałam, córki odmówiły mi wsparcia. Za karę nie zapisałam im mieszkania w testamencie”

„– Mimo to… Czy mogłaby pani to jeszcze raz przemyśleć, porozmawiać ze swoimi córkami? To jest bardzo poważna decyzja. – Córki nie mają tu nic do rzeczy. A ja nie muszę dłużej nad tym myśleć. – Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem”.

Skończyłam 70 lat i niektórzy mogą uważać, że to jeszcze nie starość, jednak ja czuję, że zbliżam się do końca swojego życia. Od kilku lat jestem chora i niestety, prognozy nie są optymistyczne. Z każdym dniem czuję, że staję się coraz słabsza i coraz mniej niezależna.

Miałam tylko córki

Moje zdrowie było już bardzo nadszarpnięte i potrzebowałam wsparcia. Niestety, moje córki nie miały dla mnie czasu. Gdy byłam jeszcze zdrowa, często dzwoniły i mnie odwiedzały. Prosiły mnie o opiekę nad wnukami, o przygotowanie posiłków, o prasowanie ubrań. Robiłam to z radością, bo miałam tylko je.

Straciłam męża w tragicznych okolicznościach, kiedy były jeszcze małe i od tamtej pory były sensem mojego życia. To się nie zmieniło nawet wtedy, kiedy dorosły i założyły swoje rodziny. Zastępowałam je, pomagałam, wspierałam. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, ale teraz widzę, że traktowały moją pomoc jak coś naturalnego, jak coś, co było moim obowiązkiem.

Liczbę sytuacji, kiedy ktoś mi podziękował, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Nie oczekiwałam jednak wdzięczności czy jakichkolwiek pochwał. Cieszyło mnie to, że byłam dla innych ważna, że ich życie stawało się prostsze i bardziej komfortowe dzięki mnie.

Byłam dla nich ciężarem

Niestety, miałam udar. Było ciężko, ale udało mi się z tego wyjść. W efekcie cierpię na lekki niedowład prawej strony ciała. Mogę się poruszać, ale daleko mi do samodzielności. Moje życie przewróciło się do góry nogami. Z pełnej energii kobiety, która zawsze gdzieś pędziła, przemieniłam się w schorowaną staruszkę. To bolało najbardziej.

Nie mogłam znieść tego samotnego siedzenia w domu, a brakowało mi sił, by pokusić się o wyjście gdziekolwiek. Całe moje życie zaczęło się kręcić wokół rzadkich wizyt córek. Jednakże Agata i Kasia zjawiały się coraz rzadziej. I to tylko na krótką chwilę. Zostawiały zakupy i zaraz znikały. Było widać, że nie mają żadnej chęci opiekować się swoją chorą matką. Pewnego razu przypadkiem usłyszałam, jak spierają się, która z nich ma do mnie przyjść w kolejnym tygodniu. Jakby to była dla nich jakaś kara, ogromne obciążenie.

Musiałam poszukać wsparcia

Poczułam się koszmarnie smutna, a łzy same napłynęły mi do oczu. Uświadomiłam sobie, że jestem absolutnie samotna. To wówczas postanowiłam opublikować to ogłoszenie. Zaznaczyłam w nim, że udostępnię pokój sympatycznej dziewczynie w niskiej cenie. W zamian oczekiwałam wsparcia w codziennych zadaniach. Miałam już dość samotnych wieczorów, nocy spędzonych na płaczu, próśb o pomoc do moich dzieci.

Małgosia była trzecią osobą, która zgłosiła się na rozmowę. Natychmiast ją polubiłam. Wydawało się, że emanuje od niej niezwykłe ciepło. Dwie pierwsze kandydatki nie zyskały mojego zaufania. Były głośne, momentami niegrzeczne. A ona? Cicha, spokojna, zrównoważona.

Powiedziała mi, że pochodzi z niewielkiej miejscowości, a jej rodzice postanowili sprzedać kawałek ziemi, aby mogła bez przeszkód kontynuować naukę w Warszawie. Kiedy wyszło na jaw, że pragnie zostać pielęgniarką, nie zastanawiałam się ani przez moment.

– Zaprowadzę cię do twojego pokoju – oznajmiłam.

– Czy to oznacza, że mogę u pani zostać? – zapytała z radością.

– Oczywiście. Myślę, że doskonale się dogadamy – odparłam z uśmiechem.

– Nie poruszałyśmy jeszcze tematu finansów… – przerwała.

– Nie oczekuję wiele. Tylko opłat za prąd, wodę, odbiór odpadów… Może czterysta złotych na miesiąc?

– Tylko tyle? – nie mogła uwierzyć.

– Nie potrzebuję pieniędzy, tylko pomocy – uśmiechnęłam się.

– Na pewno będę dla pani oparciem. Przyrzekam – rzuciła się mi na szyję.

Po kilku dniach przyniosła swoje rzeczy, a ja skontaktowałam się z moimi córkami. Wyraźnie poczuły ulgę, kiedy usłyszały, że przestanę już męczyć je nieustannymi telefonami i prośbami o wsparcie.

Robiła więcej, niż wymagałam

Chodziła po zakupy, utrzymywała porządek, ale przede wszystkim ciągle ze sobą rozmawiałyśmy. Wieczorami zasiadałyśmy z filiżanką herbaty i rozmawiałyśmy bez końca. Dzieliła się ze mną swoimi problemami, a ja starałam się jej doradzić. Zaprzyjaźniłyśmy się bardzo.

Czasami opowiadałam jej o Agacie i Kasi. Nie komentowała ich postępowania, jednak widziałam, że nie jest w stanie pojąć, jak mogły zapomnieć o matce. Obserwując tę młodą, empatyczną dziewczynę, zastanawiałam się, skąd czerpie tyle miłości i zrozumienia dla innych. Przy tym ubolewałam, że moje córki nie mają choćby części tych cech. Od pewnego czasu, praktycznie ich nie widywałam.

Raz w miesiącu dzwoniły, pytały, czy wszystko u mnie jest w porządku, a następnie odkładały słuchawkę. Chyba tylko po to, aby nie mieć wyrzutów sumienia. W końcu nie byłam sama. Nie musiały mnie odwiedzać i mi pomagać. Kiedyś płakałabym z żalu w poduszkę. Ale teraz, dzięki Małgosi, nawet nie tęskniłam za nimi.

Córki mnie zawiodły

Pół roku temu zachorowałam na zapalenie płuc. Moje stan zdrowia był tak zły, że skończyło się na hospitalizacji. Lekarze nie byli do końca pewni, czy przeżyję. Mimo to moje córki nawet mnie nie odwiedziły w szpitalu. Obok mnie była tylko Małgosia. Po zajęciach na uniwersytecie od razu do mnie przychodziła.

– Proszę, pani Miro, musi pani wytrzymać – błagała.

– To nie zależy ode mnie, tylko od Boga. Gdy zdecyduje, że czas na odejście, nie będę się opierać –  odrzekłam.

– A ja się nie zgadzam. I będę się o panią modlić, jak tylko potrafię! Zrobię wszystko, aby Bóg mnie wysłuchał – wykrzyknęła.

– Dlaczego tak mówisz? W końcu jestem tylko starą, chorą kobietą…

– Nie! Dla mnie pani jest najlepszą przyjaciółką. Taką zastępczą babcią. Bez pani nie dałabym rady, z dala od rodziny – wyznała i przytuliła się do mnie.

Wzruszyła mnie i płakałam razem z nią jak małe dziecko. Ale tym razem nie były to łzy bólu i smutku, ale radości.

Choroba nie zdołała mnie pokonać

Po tygodniu wróciłam do swojego mieszkania. Moja współlokatorka troszczyła się o mnie z pełnym poświęceniem, a ja zastanawiałam się, jak mogę się jej odwdzięczyć. Próbowałam się dowiedzieć, czego może potrzebować. Zawsze jednak unikała odpowiedzi. Zapewniała, że ma wszystko, czego potrzebuje, i że jest szczęśliwa. Przez długi czas zastanawiałam się nad tym, jak mogę okazać jej wdzięczność, aż w końcu przyszło mi do głowy idealne rozwiązanie. Postanowiłam zapisać jej w testamencie mieszkanie.

Moje córki są w pełni samowystarczalne i świetnie sobie radzą. Małgosia jest natomiast biedna. Zależało mi na tym, aby po moim odejściu z tego świata, miała swoje miejsce. Zasługuje na to. Sto razy bardziej niż Kasia i Agata. Oczywiście, nie powiedziałam Małgosi o swoich planach. Chciałam, aby to była dla niej niespodzianka. Taki dar od wdzięcznej zastępczej babci. Jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Spisałam testament

Kiedy tylko nabrałam sił po chorobie, zamówiłam taksówkę i odwiedziłam zaufanego notariusza. Marek to syn starego przyjaciela mojego męża. Od wielu lat załatwia za nas wszystkie kwestie majątkowe.

Gdy dowiedział się o moim zamiarze sporządzenia testamentu, zapytał:

– Czy zamierza pani obdarować jedną z córek, czy obie po równo?

– Nie. Otrzymają równo podzieloną rodową biżuterię oraz zbiór monet, który należał do mojego męża. Chodzi mi o kwestię mieszkania. Chcę je przekazać osobie, która nie jest ze mną spokrewniona – odparłam z uśmiechem.

– Naprawdę? – nie mógł uwierzyć.

– Tutaj masz wszystkie informacje dotyczące tej kobiety – wręczyłam mu niewielki kawałek papieru.

– Czy mogę dowiedzieć się, kim ona jest?

– To moja współlokatorka. Dziewczyna o wielkim sercu. Już od dwóch lat troszczy się o mnie, jakby była moją córką…

– Pani Miro, czy jest pani pewna swojej decyzji? – przerwał mi.

– Nie rozumiem?

– No cóż, na świecie jest wielu oszustów. Zastanawiam się, czy ta kobieta nie wpłynęła jakoś na panią…

– Ona nawet nie ma pojęcia, że tu jestem.

– Mimo to… Czy mogłaby pani to jeszcze raz przemyśleć, porozmawiać ze swoimi córkami? To jest bardzo poważna decyzja.

– Córki nie mają tu nic do rzeczy. A ja nie muszę dłużej nad tym myśleć.

– Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem.

– Tak! Mimo że mam siedemdziesiąt lat, nie straciłam zdolności logicznego myślenia. Może mam problemy z poruszaniem się, ale mój umysł działa tak samo, jak kiedyś. Może nawet lepiej.

– Ale…

– Koniec dyskusji. Przyszłam do ciebie nie po poradę, tylko żeby sporządzić testament. Czy możemy przejść do sedna sprawy? Chyba że wolisz, abym zwróciła się do innej kancelarii – powiedziałam z irytacją.

– Nie, na pewno nie – odpowiedział, wyraźnie zakłopotany.

Kolejny kwadrans spędziłam, tłumacząc mu, co powinno znaleźć się w testamencie. Zapewnił mnie, że dokument będzie gotowy po weekendzie i wtedy zadzwoni, żebym mogła przyjść i złożyć podpis.

Byłam zaskoczona

Zdumiałam się, kiedy zobaczyłam córki i to obie. Zanim jednak zdążyłam zapytać, czym sobie zasłużyłam na taki zaszczyt, jak ich wizyta, obie wparowały do środka mieszkania.

– Gdzie jest ta dziewczyna? –  krzyczała Agata. –  Gdzie ona jest?!

– Kogo masz na myśli? –  wydusiłam z siebie.

– Twoją cholerną współlokatorkę!

– Pojechała na wieś, odwiedza rodziców. Ale dlaczego cholerna…

– Lepiej dla niej, żeby nie wracała – przerwała mi. – Bo jej nogi powyrywam i oczy wydłubię!

– Dlaczego? – byłam zszokowana.

– Ponieważ jest podstępną oszustką. I do tego niezłą cwaniarą.

– Czy możesz wyjaśnić, co masz na myśli?

– Dzwonił do nas Marek. Znamy całą prawdę! – oznajmiła.

– Co to dokładnie znaczy? – pytałam, choć już zaczęłam domyślać się, o co chodzi.

– Planujesz przekazać temu dziecku mieszkanie w testamencie! Jest warte prawie milion złotych! Czy ty zwariowałaś?

–  Absolutnie nie, jestem w pełni zdrowa psychicznie. I to jest moja decyzja. A Marek nie powinien was o tym informować…

–  To dobrze, że nas poinformował –  przerwała Kasia. –  Przynajmniej możemy zapobiec tej tragedii! Bo na pewno nie podpiszesz tego testamentu. Dzisiaj jeszcze skontaktujesz się z Markiem i powiesz mu, że zmieniłaś zdanie.

Nie zamierzałam zmieniać zdania

– Czemu sądzisz, że tak uczynię?

– Bo ta wiejska baba nie będzie się na nas dorabiać. Nigdy się na to nie zgodzimy! To mieszkanie należy się nam. Prawda? –  rzuciła pytające spojrzenie na swoją siostrę.

– Prawda!

– A co zamierzacie zrobić? Zabić mnie? Tutaj i teraz? –  roześmiałam się.

– Mamo, nie żartuj! Po prostu zadzwoń do Marka i powiedz mu, że zmieniłaś zdanie. I wszystko będzie załatwione. Nie ma sensu, żebyśmy się denerwowali –  Kasia spoglądała na mnie z nadzieją.

– Dobrze, skontaktuję się…

– Wreszcie, zrozumiałaś… – wyraz radości pojawił się na jej twarzy.

– Skontaktuję się z nim, by go oskarżyć o naruszenie tajemnicy zawodowej. I poinformować, że złożę na niego zażalenie do Naczelnej Izby Notarialnej. Czy może również wniosę sprawę do sądu? Moją ostatnią wolę spiszę w innej kancelarii. I ani słowa nie zmienię w testamencie – powiedziałam, a moje dzieci aż się zatkało.

Nic nie rozumiały

– To nie jest na poważnie, co nie? – zdołała wreszcie wydukać z siebie Agata.

– Bez dwóch zdań, jest poważne. I ostrzegam. Małgosia nie ma pojęcia o testamencie. I chcę, żeby tak pozostało. Jeśli powiecie jej choć jedno słowo, będziecie ją nękać lub straszyć, to was po prostu całkowicie wydziedziczę. A planuję pozostawić wam w spadku rodzinne klejnoty i kolekcję monet po ojcu. Mają dużą wartość! Więc dobrze się zastanówcie, zanim zrobicie coś głupiego… A teraz już idźcie. Nie mam ochoty z wami dłużej rozmawiać.

– Mamo, jak to jest możliwe? – Kaśka zapytała ze łzami w głosie.

– Naprawdę nic nie rozumiesz? – zapytałam z niedowierzaniem, kręcąc głową.

– Nie! Przecież nie zrobiłyśmy ci nic złego! – dodała Agata.

– Dokładnie… Nie zrobiłyście absolutnie nic – odparłam z westchnieniem, pokazując im drzwi.

Posłusznie opuściły dom, lecz już na klatce schodowej doszło do awantury. Usłyszałam, jak wrzeszczały, że straciłam zmysły, że oszalałam.

Nie utrzymują ze mną kontaktu

Od tamtej pory upłynęło już kilka miesięcy. Małgosia wciąż nie jest świadoma mojej decyzji. Córki albo przestraszyły się, że mogą stracić wszystko i milczą, albo dopiero przygotowują się do konfrontacji. Nie jestem pewna, ponieważ nie utrzymują ze mną kontaktu. I to dobrze, bo tylko działałyby mi na nerwy.

Zrealizowałam wszystko, co planowałam. Sporządziłam testament w innym biurze notarialnym. Wybrałam jako wykonawcę mojego ostatniego życzenia syna sąsiadki z piętra wyżej. Artek to odpowiedzialny młody mężczyzna. Niezawodny, godny zaufania, pracujący.

Wydaje mi się nawet, że jest w Małgosi zakochany. Bez przerwy obserwuje ją tym swoim niewinnym spojrzeniem. Na pewno zadba, aby dziewczyna otrzymała to, co jej zapisałam. Może nawet zamieszkają razem w moim domu, kiedy mnie już nie będzie? Ostatnio zauważyłam, że na widok Artka Małgosia zaczyna się rumienić. I zawstydzona spuszcza oczy…

 

Related Posts