„Narzeczony porzucił mnie przed ołtarzem, więc wyszłam za kumpla. Nie po to przez 2 lata planowałam ślub, żeby się nie odbył”

„– To jakieś żarty! Podmienisz sobie pana młodego? – moja matka prawie płakała, a niedoszła teściowa jej wtórowała. – To Patryk zaczął ten cyrk – skwitowałam. – Właśnie pokazał, jak poważnie mnie traktuje. Z jakim szacunkiem. Nawet nie miał tyle odwagi, by w oczy mi powiedzieć, że nie chce się żenić. Wolał zwiać jak tchórz!”.

Dwa lata planowałam nasz ślub. Ja. Bo Patryk zwykle miał lepsze rzeczy do roboty niż wybór koloru serwetek czy wielkości bukietów. Taki był, co poradzę. Mogłam to zaakceptować albo szukać bardziej idealnego ideału. Powodzenia. Ważne, że mnie kochał, a ja kochałam jego. Ważne, że planowaliśmy wspólne życie, podróże, dzieci. Kto za dziesięć lat będzie pamiętał, czy wybrałam gładkie czy wzorzyste obrusy na stoły weselne? Ważniejsze, by za dziesięć lat mój mąż patrzył na mnie z miłością. Tymczasem głównie patrzył w komputer i mruczał, że pracuje. Ciągle pracował. Na okrągło klikał w klawiaturę, pisząc maile do współpracowników, kierowników, klientów.

Czy to był ten jedyny?

– Nie mogę – mówił. – Muszę przecież zarobić na wesele i podróż poślubną. Idź sama – powtarzał, gdy ciągnęłam go do teatru, kina, gdziekolwiek.

Zazwyczaj udawało mi się namówić na wyprawę którąś z przyjaciółek, ale od kiedy jedna urodziła bliźniaki, a druga zaszła w ciążę, częściej towarzyszył mi kolega z pracy. Patryk nie był o niego zazdrosny, bo uważał, że Krzysiek jest gejem. To, że facet ma pojęcie o kolorach i lubi teatr, nie znaczy zaraz, że jej gejem… W każdym razie Krzysiek był wspaniałym kumplem i towarzyszem. Zawsze zainteresowany tym, na co się wybieraliśmy, nieważne, czy to wystawa Beksińskiego, czy nowoczesna interpretacja „Balladyny”. Zazwyczaj po takim wydarzeniu spędzaliśmy jeszcze parę godzin w kawiarni albo barze nad drinkiem, dyskutując na temat tego, co widzieliśmy. Same korzyści. Niestety, raz przesadziłam z drinkami i zaczęłam mówić o moim związku.

– Ciągle jestem sama. Albo z tobą. Nie tak powinno wyglądać budowanie nowego życia z Patrykiem. Chyba powinniśmy robić cokolwiek razem? Choćby uprawiać seks, bo ja… celibat już liczę w miesiącach – żaliłam się.

Nazajutrz miałam podwójnego kaca. Było mi potwornie wstyd, kiedy przypomniałam sobie, co wygadywałam, z czego się zwierzałam. Przyjaciel czy nie, nie musiał znać każdego szczegółu z mojego życia, zwłaszcza intymnego.

– Karolina… – zaczął kilka dni później, kiedy robiliśmy sobie kawę w pracy, a ja starałam się udawać, że żadna krępująca sytuacja nie miała miejsca. – Może przemyśl jeszcze kwestię ślubu, co? Jeśli masz wątpliwości…

– Nie mam, Krzysiek. Przepraszam za tamto, pijana byłam. Zrzućmy to na karb stresu przedślubnego.

– Jak uważasz, ale pamiętaj, że zawsze możesz ze mną porozmawiać. Lepiej przełożyć datę, niż potem składać pozew o rozwód.

– Wiem, dzięki za troskę. Doceniam, że mogę na ciebie liczyć – uściskałam go i umknęłam do swoich zajęć.

W dzień ślubu Patryk od samego rana był drażliwy, bardziej zły niż zdenerwowany, jakby wstał lewą nogą.

– Nie martw się, tylko raz bierze się ślub po raz pierwszy – starałam się go rozbawić.

Na próżno. Ubierał się z marsową miną, burczał coś pod nosem. Kiedy fotograf robił nam zdjęcia, Patryk stawał bokiem albo wręcz tyłem.

– Pan młody jakiś dziki – zauważył fotograf z rozbawieniem. – Zazwyczaj to pannę młodą zżerają nerwy. Po przysiędze powinno być lepiej.

Kiedy dotarliśmy do urzędu, kobieta za biurkiem wzięła nasze dowody osobiste, coś zanotowała, podpisaliśmy jakieś dokumenty… Szczerze mówiąc, nie byłam taka niewzruszona, jaką udawałam.

Nie bardzo wiedziałam, co podpisuję

Równie dobrze mogłam się właśnie zrzekać lewej nerki. Patryk kręcił się po sali, jakby podłoga go paliła. Nagle stanął.

– Muszę… – wskazał drzwi.

Był spocony i dłonie mu się trzęsły.

– Jasne, idź. Czekaliśmy przed wejściem.

Ja w bieli, nasi goście w strojach i fryzurach odświętnych, coraz bardziej zniecierpliwiona urzędniczka… W końcu pokazała na zegarek i powiedziała, że albo wchodzimy, albo przepuszczamy następną parę, bo ona nie może dłużej czekać. Wysłałam mojego przyszłego szwagra, żeby sprawdził, czy z Patrykiem wszystko w porządku. Wrócił blady jak ściana.

– Karolina… jego nie ma…

– Jak to nie ma?

– Samochodu też nie ma…

Poczułam, jak cała tężeję. Wyciągnęłam telefon z torebki i wybrałam numer do narzeczonego. Raz, drugi, trzeci, piąty… Nie odbierał. Chciałam się łudzić, że to nic nie znaczy, ale już wiedziałam, że to koniec. Usiadłam na sofie w korytarzu, a tymczasem do sali ślubów wchodziła kolejna para oraz ich goście.

To powinnam być ja, my…

Powinniśmy teraz sobie przysięgać, potem słuchać życzeń, cieszyć się… Wokół słyszałam brzęczenie. Głosy rodziny i gości brzmiały jak bzyczenie roju pszczół. W głowie kołata się natrętna myśl. Jak mógł to zrobić? Jak on mógł mi to zrobić?! Obracałam tę myśl wciąż i wciąż, aż poczułam mdłości. Nasze matki gorączkowo dreptały, rozmawiały, ale nie słyszałam, o czym. Czemu tak mnie upokorzył? W taki dzień, przy wszystkich… Czemu?! Może bym uciekła, gdzieś się schowała, ale mdłości się nasilały. Ktoś pogłaskał mnie po ramieniu. Podniosłam wzrok. Krzysiek.

– Chcesz stąd wyjść? Zabrać cię do domu? Czy jednak weźmiesz ślub?

– Pana młodego brak… – poruszyłam tylko ustami, ale zrozumiał.

– A gdybym poprosił cię o rękę?

Mimo zdenerwowania zaczęłam się śmiać. A może to właśnie przez nerwy parsknęłam śmiechem.

– Co cię tak bawi? – wyglądał na ciut urażonego.

– Przecież… jesteś moim kumplem – przypomniałam mu.

 Od trzech lat się w tobie kocham! Chyba jesteś ślepa, że się nie zorientowałaś!

Siedziałam i gapiłam się na niego. Mrugałam i oddychałam. Nic więcej. Co tu się wyrabiało? Czy to jakiś chory żart? Ukryta kamera? Mój narzeczony po sześciu latach związku zwiał sprzed urzędowego ołtarza, a przyjaciel, nie dość, że jest hetero, to jeszcze się we mnie kocha. Przecież to jakiś absurd nad absurdami!

Czy dlatego w głowie mi się kręci?

Nie… to Krzysiek mnie podniósł i zaczął całować.

– Wyjdziesz za mnie? – wyszeptał między pocałunkami.

Usłyszałam to bardzo wyraźnie, bo nagle wszyscy przestali rozmawiać. I teraz wpatrywali się w nas. Całujących się, tulących…

– Co?

– Oświadczam ci się. Podobasz mi się. Nadajemy na tych samych falach. Po tym pocałunku śmiem twierdzić, że fizycznie też się dopasujemy. Znasz mnie tyle lat, wiesz, jaki jestem. Ustalmy: za kobietami też nie latam, tylko za tobą. Więc?

Cholera, pomijając dzisiejsze nagromadzenie absurdów, ma rację. Ostatnio spędzałam z nim zdecydowanie więcej czasu niż z Patrykiem. A na pewno o wiele więcej rozmawialiśmy. Ten dzień był tak szalony, że jedno szaleństwo więcej…

– Dobrze. Weźmy ślub.

Pandemonium, które się rozpętało, mało nie zmiotło urzędu. Rewelacja obiegła gości lotem błyskawicy i zaczęło się błaganie o opamiętanie.

– To jakieś żarty! Podmienisz sobie pana młodego? – moja matka prawie płakała, a niedoszła teściowa jej wtórowała.

– To czyste wariactwo! Nie możesz, córeczko…

 To Patryk zaczął ten cyrk – skwitowałam. – Właśnie pokazał, jak poważnie mnie traktuje. Z jakim szacunkiem. Nawet nie miał tyle odwagi, by w oczy mi powiedzieć, że nie chce się żenić. Wolał zwiać jak tchórz! Wolał mnie upokorzyć! Między nami koniec. Pewnych rzeczy nie da się wybaczyć.

Pomysł z podmianką pana młodego skutecznie oprotestowała dopiero kierowniczka USC, stwierdzając, że to nie sklep, gdzie da się wymienić niepasujący model na inny. Nową datę ślubu można zaklepać najwcześniej na trzydzieści jeden dni przed uroczystością. Przegraliśmy z biurokracją.

– Jak nie, to nie. Ale wesele opłacone, więc się weselmy. Nie zmarnuję swojej dwuletniej pracy ani takiej imprezy. Jedziemy się bawić! Dokumenty podpiszemy za miesiąc.

– Odwrócimy kolejność? – Krzysiek się uśmiechnął. – Podoba mi się to.

To było najwspanialsze wesele, na jakim byłam

Impreza trwała do białego rana, choć początkowo goście nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. Wszak nie było świeżo poślubionej pary, a potencjalny pan młody był inny niż ten na zaproszeniach. Ale po jednym, drugim kieliszku towarzystwo się rozluźniło, nawet goście ze strony Patryka, i ruszyli stadnie na parkiet, żeby potańczyć, wyhasać stres, oswoić tę absurdalną sytuację. Miesiąc później naprawdę wzięliśmy z Krzyśkiem ślub. Cichy, skromny, tylko ze świadkami i najbliższą rodziną. To była piękna uroczystość, szczera i naturalna. Nie wymuskana, zaplanowana w każdym drobiazgu, bo życie nam pokazało, że nie da się wszystkiego przewidzieć…

Related Posts