„Przeczytałam pamiętnik córki. Jej dzieciństwo było horrorem, a ja nie miałam pojęcia, że żyję z tyranem pod jednym dachem”

„Córka nie chciała mnie odwiedzać i miałam do niej o to żal. Czułam się samotna i opuszczona. Dopiero kiedy przeczytałam jej pamiętnik, zrozumiałam, że Ilonce dom kojarzy się z cierpieniem”.

Właściwie to nie planowałam sprzątania pokoju Ilony. Przecież wyjeżdżając na studia, córka stanowczo zapowiedziała, że sobie tego nie życzy. No, ale wejść do niej chyba można? W końcu to ja gospodaruję w tym domu, a od śmierci Janka – mojego nieodżałowanego męża, a jej ojca – jestem też jedyną jego właścicielką.

Więc weszłam do jej pokoju w którąś sobotę, kiedy czułam się szczególnie samotna. Dlaczego Ilona nie przyjeżdżała na weekendy do domu? Tłumaczyła się nawałem nauki, ale chyba przecież łatwiej się uczyć w swoim starym pokoju, w którym spędziło się szczęśliwe dzieciństwo, niż w hałaśliwym akademiku?

Podskórnie miałam o to do Ilony pretensję. Uważałam się za dobrą i kochającą matkę. Przez dwadzieścia lat jej życia razem z mężem stawaliśmy na głowie, żeby córce niczego nie brakowało. A teraz co? Dziewczyna nie ma nawet czasu wpaść na dwa dni do samotnej matki?

Kiedy więc zobaczyłam uniesione powiewem kłaczki kurzu latające po podłodze i szarą warstewkę na półkach oraz biurku, pomyślałam, że nic się nie stanie, jak tu trochę odkurzę, bo robi się niezły bałagan.
Uwinęłam się z tym szybko i wtedy wzeszło wyżej słońce. W jego promieniach zobaczyłam, że szyba w oknie też zarosła brudem. O – pomyślałam – to już poważniejsza sprawa. Okno przecież wychodziło na główną ulicę, którą jutro sąsiedzi będą szli do kościoła. Wstyd, żeby ujrzeli brudną szybę. Co sobie o nas pomyślą?

Po jakimś czasie szkło lśniło jak kryształ, a ramy wręcz raziły bielą. Ja z kolei poczułam się rozgrzana i gotowa do działania. A co tam mi będzie córka rozkazy wydawać we własnym domu!

Postanowiłam porządnie wysprzątać jej cały pokój. Jak tu wreszcie przyjedzie, nie będzie przynajmniej musiała wdychać kurzu i spać w zatęchłej pościeli. Tak się zabrałam do roboty, że siłą rozpędu podniosłam nawet z łóżka materac z zamiarem wyniesienia go na podwórze i porządnego wytrzepania. Wtedy…

Spomiędzy materaca a ramy łóżka wypadł jakiś zeszyt. Gruby, stustronicowy, w twardej oprawie. Podniosłam okładkę i przeczytałam na pierwszej stronie: „Mój sekretny pamiętnik”. Rany! Nie miałam pojęcia, że Ilona prowadzi zapiski!

Byliśmy dobrą rodziną

Nie zamierzałam czytać jej sekretów. Ja rozumiem, że każdy człowiek ma prawo mieć tajemnice. Mówiąc szczerze, sama też nie wszystko mężowi mówiłam. Czasem przemilczałam, że padła kura albo się zmarnowała bańka maślanki. Nie powiedziałam mu też, że Wojciech – ten z sąsiedztwa – na weselu swojego syna, kiedy miał już dobrze w czubie, złapał mnie za tyłek. A już zupełnie, że nawet mi się to w pierwszej chwili spodobało. I trochę za długo zwlekałam ze strzepnięciem mu dłoni.

Bo po co? Co dałaby taka szczerość? Tylko popsułyby się stosunki między naszymi rodzinami. A może i ucierpiałaby nasza małżeńska miłość? Bo choć różnie to między nami bywało, czasem przez niego płakałam, to poza murami domu ludzie uważali nas za wyjątkowo dobrane małżeństwo. I w sumie tak było!

Nauczyłam się przymykać oko na różne jego dziwactwa i koncentrować na tym, co dobre. Janek też na każdym kroku podkreślał, że mnie szanuje i kocha – choć tylko my wiedzieliśmy, że od dawna ze sobą nie sypiamy, a nawet unikamy wzajemnego dotyku. Albo że mąż powiedział mi kiedyś w złości, że brzydzi się widoku mojej starzejącej się skóry i obwisłych cycków. Płakałam wtedy, ale nikt – nawet Ilona – o tym nie wiedział. Bo swoich brudów nie pierze się publicznie! A poza tym, jeśli nie liczyć tych drobnych potknięć i dziwactw, naprawdę byliśmy dobrym małżeństwem.

Kochałam Janka mimo wszystko. A kiedy nagle i niespodziewanie powalił go udar mózgu i przez wiele tygodni leżał z połową ciała sparaliżowaną, opiekowałam się nim jak własnym dzieckiem.

Nie ma co tego ukrywać, to dzięki mnie wstał w końcu z łóżka i – słabo, bo słabo – ale zaczął poruszać się o własnych siłach. Z każdym dniem ćwiczeń, masaży i domowych obiadków wstępowały w niego nowe siły.

W końcu po wylewie pozostał mu tylko lekko opadnięty kącik ust, drobny przechył ramion na lewą stronę, niedowład w ręce i powłóczenie lewą nogą. To nic w porównaniu z tym, w jakim stanie lekarze oddali mi go ze szpitala.

Szkoda tylko, że cała ta moja miłość, praca i poświęcenie poszły na marne. Tamtej niedzieli, prawie równo rok temu, Janek po raz pierwszy od udaru wybrał się na ryby. Jak on uwielbiał wędkować! Nie mogłam mu zabronić. Zwłaszcza że był już naprawdę całkiem sprawny. Poza tym towarzyszyła mu nasza wówczas dziewiętnastoletnia córka. Więc czego miałam się obawiać?

Poszli na pomost wrzynający się w jezioro. Pod nim, przy samym końcu, są już ze trzy metry głębokości. Ale też rybka bierze, że ho, ho! Ilona rozstawiła ojcu krzesełko z oparciem, pomogła wyszykować wędki i… wróciła po coś do domu. Tylko na chwilę. Jak to się stało, że akurat w tym czasie Janek się zsunął z krzesełka i wpadł do wody? Nikt tego nie wie, bo też godzina była wczesna i nikogo w okolicy nie było. Pech. Dopust losu.

Mąż w każdym razie był widać za słaby, żeby w grubym ubraniu dopłynąć do drabinki, choć to tylko dwa metry od miejsca, w którym musiał wpaść do wody…

Skończyłam sprzątać i usiadłam w pokoju córki, żeby napawać się swoim dziełem. Wodziłam oczami od okna do łóżka, ale szybko się zorientowałam, że tak naprawdę wzrok mi przyciąga leżący na biurku pamiętnik. Nie schowałam go z powrotem pod materac, bo niby co? Miałam udawać, że go nie znalazłam? Córka i tak zauważy, że pościel zmieniona. A poza tym czego miałam się wstydzić? Że posprzątałam jej pokój? Bez przesady! No a poza tym i tak nie zamierzałam zaglądać do środka.

Tylko że to było takie niesamowicie trudne! Co ona tam nawypisywała?

Dałam się skusić

Robiąc sobie herbatę, doszłam do wniosku, że faktycznie nie wypada czytać myśli nastolatki. Ale zapiski z czasów, kiedy była dzieckiem? Toż to żaden sekret!

Wróciłam więc do jej pokoju i z namaszczeniem uniosłam okładkę. Od razu się wzruszyłam! Pod datą 1 maja 2010 roku (napisaną rozczulająco koślawymi literkami) zobaczyłam kolorowy rysunek naszej rodziny. Duża postać była z pewnością moim mężem, bo Janek był chłopem słusznej postury. Obok niego druga – w kolorowej sukience i z szerokim uśmiechem na twarzy. To z całą pewnością ja! A między nimi dziewczynka z długimi blond włosami – ośmioletnia wówczas Ilonka..

Ileż radości tchnęło z tego rysunku! Słowo daję, łzy pociekły mi ciurkiem, kiedy przeczytałam wpis informujący, że właścicielka tego pamiętnika będzie odtąd zapisywać wszystko, co się dzieje w domu. I dalej szła relacja, że na śniadanie były płatki oraz zbożowa kawa, a tata później wziął ją na kolana i się wygłupiał. „Najpierw mi się nie podobało, ale później się przyzwyczaiłam” – przeczytałam. Nie zrozumiałam tego zdania, ale kto tam nadąży za kilkuletnim dzieckiem?

Siorbnęłam herbaty i przerzuciłam parę kartek. Czytałam o śmiesznych i z perspektywy czasu nieważnych konfliktach w klasie, o tym, kto kogo lubi, z kim gada, a z kim nie. Zabawne dziecięce sojusze!

Troszkę zaskoczył mnie kolejny rysunek pod datą grudzień 2012. Dziesięcioletnia wówczas Ilonka narysowała czarną sylwetkę jakiegoś stwora w pionowym, żółtym prostokącie. Wyglądała jak męska postać na tle drzwi, za którymi świeci się światło, ale widziana z perspektywy kogoś, kto jest w ciemnym pokoju. „Nie lubię, kiedy do mnie przychodzi nocą” – widniał podpis. Aha, pewnie prześladował ją jakiś senny koszmar.

Nie chciałam czytać zwierzeń dorastającego dziecka, więc kartkowałam dalej pamiętnik w poszukiwaniu następnych rysunków. Liczyłam na coś kolorowego, radosnego, potwierdzającego, jak szczęśliwym dzieckiem była moja córka. Ale trafiłam na ołówkowe szkice…

Rany! Co to było? Czy to, co myślę? Przeszedł mnie dreszcz. Zawstydzona i zażenowana wpatrywałam się w zrobione szybkimi, jakby nerwowymi ruchami ołówka szkice. I coraz bardziej się upewniałam, że patrzę na… męski członek. I to w stanie wzwodu!

– Gdzie ty to widziałaś córuś? – westchnęłam, czując, jak po plecach przechodzą mi ciarki. – Który drań ze starszej klasy ci coś takiego pokazywał? O, niech się tylko dowiem! Pójdę do rodziców i zrobię im wygawor!

Żeby się dowiedzieć, co to za bezecnik obnażył się przed moim dzieckiem, znowu zaczęłam czytać jej zapiski. I trochę się wystraszyłam. Nie, nie było tam imienia ani nawet opisu winowajcy. Ilona nazywała go tylko On. „On znowu tu był”; „On chce coraz więcej”; „Dlaczego mamusia mu pozwala?”.

Nieokreślony jeszcze strach ścisnął mi gardło. Ten ktoś nie poprzestał tylko na obnażaniu się przed dziesięciolatką! I, co gorsza, bywał u nas w domu! Także wieczorem! A nawet… nocą.

Mój umysł nie był jeszcze gotowy, by nazwać rodzące się w nim podejrzenie. Gotowy? On zapierał się przed nim wszystkimi siłami!

Naprawdę tego wszystkiego nie pamiętałam!

Zrozumiałam, że powinnam natychmiast spalić ten pamiętnik. Zapomnieć. Wyprzeć z pamięci tak, jak wyparłam różne sprawy. Słowa męża mówiącego, że podnieca go tylko młodzieńcza skóra. Swoje przebudzenia w środku nocy, kiedy nie było go obok mnie, za to od strony pokoju córki dochodził blask małej lampki i jakby cichutki płacz. I słowa wypowiadane męskim głosem – niby szeptem, ale stanowczo, ostro.

Zadrżałam. Naprawdę tego wszystkiego nie pamiętałam! A jeśli nawet, to bagatelizowałam, wmawiałam sobie racjonalne wytłumaczenie.

Nie dopuszczałam do siebie żadnej myśli, która mogłaby zburzyć idealny obraz naszej rodziny. Szczęśliwej, kochającej się, porządnej.

Nie potrafiłam już jednak pozbyć się dowodu, że jest inaczej. Spoconymi dłońmi znów przerzuciłam sporo kartek, zauważając, że pismo córki – z ładnego, starannego, równiutkiego – zmieniło się na ledwie czytelne bazgroły krzywo opadające nerwowymi liniami.

„22 czerwca 2014. Nie chcę żeby dalej do mnie przychodził! Brzydzę się go. Wiem, że to, co każe mi robić, jest grzeszne. Powiedziałam mu to, ale odparł że jeśli nie będę posłuszna, opowie mamie, jaka ze mnie dziwka. Że to wszystko moja wina. Że ja go skusiłam. A potem jeszcze rozpowie sąsiadom. I w mojej klasie. Muszę więc milczeć. Może kiedyś się ode mnie odczepi”.

Ścisnęło mnie w sercu, poczułam, że puls tak mi przyspieszył, że omal nie dostaję palpitacji. Wszystko we mnie krzyczało, żeby nie czytać więcej. Lecz równocześnie nie mogłam już oderwać oczu od tego strasznego pamiętnika.

„13 stycznia 2015. Wykrzyczałam ojcu, że może sobie gadać o nas na prawo i lewo. Już się nie boję! A zresztą to jemu powinno zależeć, żeby to nie wyszło. Popełnia przestępstwo! Zagroziłam nawet, że pójdę na policję. A on? Najpierw nie mógł uwierzyć, że jestem aż tak zła, że wsadziłabym do więzienia własnego ojca. A potem… Złapał mnie tak mocno za szyję, że zaczęłam się dusić. I kiedy już traciłam przytomność wycedził, że jeśli pisnę słowo, zabije matkę.

Na dworze słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, umilkły ptaki, od strony jeziora powiał lodowaty wiatr. Zrobiło się chłodno, bo noce były jeszcze zimne. Ja jednak tego nie zauważałam. I choć skręcałam się i wiłam w środku, nie potrafiłam już przestać czytać.

Zwłaszcza że niemal z każdą stroną spadały na mnie kolejne ciosy. Jakby to, co Ilona dotychczas napisała o swoim ojcu, a moim mężu, to było jeszcze mało!

„15 kwietnia 2018. Poprzez starszego kolegę udało mi się uzyskać dostęp do leków znieczulających. Mają także działanie narkotyczne, więc na imprezach szprycuje się nimi wielu kolegów. Najważniejsze, że mogę je teraz zakraplać ojcu codziennie do jedzenia. Nie robię tego jednak, żeby wprawić go w błogi nastrój. Chodzi o coś innego – zwiększa ryzyko udaru. Obyś w końcu zdechł, obleśny typie!”.

Aż mnie wstrząsnęło. Udar? Przecież właśnie to spotkało dwa lata temu Janka! Lekarz się nawet dziwił, skąd coś takiego u mężczyzny, który prawie nie pije alkoholu i nie pali papierosów. Czy to możliwe, że choroba, która go omal nie zabiła, wpędzając jednak w kalectwo, została sprowokowana przez nasze dziecko?

Poczułam, jakby spowił mnie mrok. Wszystko, w co wierzyłam, z czego byłam taka dumna, właśnie waliło się w gruzy. Nasza rodzina, mój obiekt uwielbienia, okazała się zgniłą fasadą, pod którą wiło się robactwo.

„10 lipca 2020. Przeżył! Przeklęty drań leży wprawdzie w szpitalu w połowie sparaliżowany, ale lekarze są dobrej myśli. Mama się cieszy, już szykuje się do opieki nad nim, a ja bezgłośnie płaczę, że wciąż jeszcze się od niego nie uwolniłam. I choć teraz jest kaleką, moja nienawiść nie zgasła. Zasłużyłeś na śmierć, ty świnio!”.

Jak ona mogła?!

Aż zamrugałam z wrażenia. Ilona zawsze zdawała mi się cichą, zamkniętą w sobie i panującą nad emocjami myszką. Nie miałam pojęcia, że mieści się w niej tyle nienawiści.

„15 maja 2021. Od pewnego czasu on wstawał już sam z łóżka, sam chodził do toalety i wydaje mi się nawet, że znów zerkał na mnie tym swoim lubieżnym spojrzeniem. Nie mogłam tego znieść! Pod jego wzrokiem czułam się brudna, zła, współwinna tego bagna, w którym od lat tkwię po szyję. Dlatego kiedy powiedział, że chce znów iść na ryby, zaproponowałam, że pójdę z nim. Zdziwił się, ale nie protestował.

Może cap pomyślał, że jego zbrodnie na moim ciele poszły w zapomnienie? Że wyparłam je z głowy, tak jak zawsze robi to matka? O nie! Pomogłam mu dokuśtykać na pomost, usadowiłam na krzesełku, wetknęłam wędkę w łapsko, a potem… zepchnęłam go do wody! Ku mojemu przerażeniu nie poszedł od razu na dno. Walczył, próbował dopłynąć do drabinki. Musiałam go więc odpychać podbierakiem do ryb.

Kiedy on zrozumiał, że nie dam mu wyleźć, zaczął skamleć i błagać o życie. Ach, jaką przyjemność mi tym sprawił! Roześmiałam się chyba po raz pierwszy od dziesięciu lat! A potem zaraz było po wszystkim. Bydlak utonął, a ja rozejrzałam się, czy gdzieś nie ma świadków, i zaraz wróciłam do domu. Rabanu narobiłam dopiero godzinę później, kiedy już miałam pewność, że go nie odratują. I tak jak się spodziewałam, trzydzieści dni później policja umorzyła postępowanie. Nieszczęśliwy wypadek bez udziału osób trzecich – orzekła. Jestem wolna!!!”.

To był ostatni wpis w pamiętniku. Powoli go zamknęłam i spojrzałam w okno. Była już noc, więc w szybie ujrzałam tylko własną twarz. Wyglądałam jak wiedźma. Kto wie? Może to moje prawdziwe oblicze?

Posiedziałam bez ruchu jeszcze godzinę, może dwie. Myśli szalały mi w głowie. Jak to możliwe, że przez lata nie widziałam, co się wyprawia pod naszym dachem? Odpowiedź była tylko jedna – nie widziałam, bo nie chciałam widzieć. Ignorowałam ewidentne sygnały i nieme prośby o pomoc słane przez córkę. A wszystko w imię świętego spokoju, szacunku sąsiadów i podtrzymywania własnego obrazu idealnej rodziny.

Dopiero teraz pojęłam, że jestem tak samo winna jak mój mąż. A kiedy to do mnie dotarło, wstałam, rozpaliłam w piecu i wrzuciłam pamiętnik w płomienie. Niech prawda w nim zawarta uleci z dymem przez komin. A ja? Zrobię to, co zawsze do tej pory. Postaram się zapomnieć. I będę czekać na Ilonę. Może kiedyś i ona zapomni?

Related Posts