„Żona dramatyzowała, że jest zmęczona, a przecież to ja chodziłem do pracy. Ona tylko siedziała w domu z dzieckiem”

„Wstyd bać się własnego dziecka, ale takie jest życie. Żyły sobie wypruwałem, żeby mały opływał w luksusy, tyle że w efekcie – spędzałem z nim za mało czasu. Katarzyna często mi to wypominała. Zarzucała mi też, że nie doceniałem jej pracy. No ale chyba prowadzenie firmy jest jednak trochę cięższe niż zagotowanie kaszki czy zmiana pieluchy”.

Nie tak dawno nasz syn uwielbiał słuchać tej historii. Teraz ma szesnaście lat i uważa, że go ośmiesza, więc mam absolutny zakaz jej opowiadania, zwłaszcza przy koleżankach Antka. Bo jak wiadomo, nastolatków ośmiesza wszystko, co tyczy zamierzchłych, wstydliwych czasów, gdy robili kupę na nocnik, nie mieli wszystkich zębów i nie potrafili porządnie mówić. Przypomni sobie o tej historii, gdy sam zostanie ojcem.

A było to tak…

– Kasiu, proszę, nie wychodź! – błagałem żonę. – Obiecałem nie stawać ci na drodze, ale właśnie dzisiaj jest ten mecz, który chciałem…

– Wychodzę – przerwała mi. – Nie wzbudzisz we mnie poczucia winy! Wyjdę i będę się świetnie bawić. Ty też… – uśmiechnęła się złośliwie, lecz po chwili spoważniała. – Walcz i nie daj się. Przy telefonie zostawiłam ci kartkę z instrukcjami.

Drzwi trzasnęły, a ja zostałem sam. Sam na sam z potworem. No i oczywiście podszedłem do niego z należytą dozą ostrożności.

– Gryziesz?

– Da, da, da! – oświecił mnie potwór.

– Ale nie mocno? Nie masz jeszcze wszystkich zębów.

 Ne, ne, ne! – potwierdził berbeć, a mnie ulżyło.

Wstyd bać się własnego dziecka, ale takie jest życie. Żyły sobie wypruwałem, żeby mały opływał w luksusy, tyle że w efekcie – spędzałem z nim za mało czasu. Katarzyna często mi to wypominała. Zarzucała mi też, że nie doceniałem jej pracy.

– Wydaje ci się, że to żadna sztuka zająć się niemowlakiem, co? Zostaniesz z nim kiedyś sam, a przekonasz się – straszyła, lecz nie wierzyłem.

Opieka nad małym dzieckiem nie może być przecież trudniejsza od kierowania firmą, no nie? Toteż sam beztrosko zachęcałem Kasię, żeby się wybrała na spotkanie organizowane przez jej klasę z okazji rocznicy matury.

– Zabawisz się, dowiesz, co u nich słychać, kto wyłysiał. Potrzebujesz rozrywki. Jakoś sobie poradzę, jestem już duży.

Dopiero później coś mi zaczęło świtać. Pracownika można zwolnić, klienta przekonać, ale dwuletniego berbecia…? Rany boskie, w co ja się wpakowałem?! Gdy Kaśka zniknęła za drzwiami, w niczym nie przypominałem twardego biznesmena. W lustrze ujrzałem swoją przerażoną twarz.

„Nie dam rady! Zrobię mu krzywdę albo coś! – myślałem w popłochu. – I o czym z takim gadać? O piłce nożnej, o kobietach? W szachy też raczej z tatusiem nie zagra”.

Rozłożyłem bezradnie ręce

– Przepraszam, stary, nawet nie wiem, co jadasz – przyznałem się ze skruchą. – Ani czy robisz na nocnik.

Chłopczyk spojrzał na mnie z wyrzutem, czym prędzej zabrałem się więc za studiowanie kartki z instrukcją obsługi synka.

– Masz farta, synu, nie umrzesz z głodu. Mama zostawiła wyżerkę. Pisze, żebym ci przed wieczornym spaniem zrobił kaszkę. Podobno umiem, dasz wiarę? Co dalej? Oho, gratuluję! Robisz już na nocnik… niezbyt chętnie i nie zawsze celnie, ale jak cię przypilnować… Hola, niby jak przypilnować? Może mamusia napisała – pogrążyłem się w lekturze.

Zamierzałem właśnie pochwalić Antka, że jego poobiednia drzemka wypada dokładnie w porze meczu, ale słowa zachwytu zamarły mi na ustach. Potwór był biały od stóp do głów! Dorwał się do pudru stojącego na stoliku i wysypał na siebie całą zawartość opakowania. Gdy proszek dostał mu się do gardła i oczu, Antek zamrugał zaskoczony i rozdarł się tak, że mało zawału nie dostałem!

– Już, już, zaraz coś wymyślę.

Wziąłem go pod pachy i potrząsnąłem. Niewiele pomogło.

 Nie da rady, synu, musimy cię umyć – ostrzegłem go i zaniosłem do łazienki, gdzie wsadziłem go do wanny i odkręciłem prysznic.

I to był błąd. Woda zamieniła puder w błocko, a Antek tak wył, jakbym chciał go utopić. Spróbowałem rozebrać synka. Jak ktoś się nudzi, niech kiedyś spróbuje rozebrać sztywnego ze złości dwulatka z mokrych rzeczy… Kiedy wreszcie mi się udało, łazienka była cała mokra, ja cały spocony, a Antek cały goły. Taki stan rzeczy chyba mu odpowiadał, bo ledwie na chwilę spuściłem go z oka, by sięgnąć po ręcznik, dał nura między moimi nogami. Gdyby uciekał na dwóch, szybko bym go dopadł, ale cwaniaczek zwiewał na czworakach!

Na moje szczęście – zgłodniał

Stanął przede mną i zażądał:

 Tek am am!

– Co?

– Tek am am! – powtórzył bardzo wyraźnie, ale gdyby nie wsadził wymownie palca do buzi, w życiu bym się nie domyślił, że chce jeść.

– Chcesz jeść? Świetnie! Ale przedtem się ubierasz. Dżentelmen nie siada do stołu na golasa, zrozumiano?

Synek podreptał do szafki z ubrankami i wywalił jej zawartość na podłogę. Chyba zrozumiał. Wspólnymi siłami wybraliśmy rzeczy, które zadowoliły wybredny gust Antka oraz mój bezwzględny wymóg, żeby zakładały się łatwo. Żadnych rajstopek! Zachęcałem synka do założenia pampersa. Stanowczo odmówił. Ambitny facet. Skoro robi już na nocnik, nie będzie nagle chodził z pieluchą. Niby racja. Przebrani do posiłku, siedliśmy przy stole i potwór zaczął jeść. Z podziwem patrzyłem, jak pochłania kolejno: bułkę z szynką, soczek, dwie cienkie parówki, herbatkę, serek z owocami, biszkopty zapijane mlekiem… a końca nie było widać! Gdy nie żuł, coś tam gadał, plując dookoła.

O czym gadał? Nie mam pojęcia!

Potakiwałem mu uprzejmie; do czasu, gdy synek spojrzał łakomym wzrokiem na pojemnik z obiadkiem. Wtedy wyszedłem z roli pokornego adwersarza.

– O nie, stary! – zaprotestowałem. – Obiad dostaniesz tuż przed meczem, zjesz go, a potem pójdziesz spać, żeby tatuś mógł sobie w spokoju obejrzeć grę. Są Mistrzostwa Świata. Korea – Niemcy, mecz półfinałowy. Muszę go zobaczyć. Jasne?

Gdy go zsadzałem z krzesełka na podłogę, synek zezował na mnie z niechęcią. Co mogła oznaczać ta zacięta mina? Czyżby dziecię zamierzało się zemścić na wyrodnym ojcu, który odmówił mu obiadku? Tylko jak? Jak może się odgryźć potwór bez pampersa… Nim go znalazłem schowanego za firanką, było za późno. Zmoczył siebie i dywan. Cóż, mogło być gorzej. Do meczu została ledwie godzina! Potrzebowałem planu. Dobra! Potwora trzeba najpierw zmęczyć, następnie porządnie wypróżnić, żeby było miejsce na obiadek, a na koniec nakarmić i położyć spać. Wtedy będę mógł zasiąść przed telewizorem.

Ha, łatwo powiedzieć. Antek capnął napoczętą paczkę biszkoptów i nie dał jej sobie odebrać. Potem klapnął na dywan i z pełnymi ustami zapytał:

– A cio to?

 Mucha.

Pulchny palec natychmiast pokazał coś innego.

– A to cio to?

– Okno.

I tak szło. Miałem wrażenie, że Antka wcale nie interesują odpowiedzi. Pytał, żeby mnie wykończyć, choć miało być odwrotnie.

– Sufit. Lampa. To? Żarówka. Szafa. Półka. No, półka, mówiłem już… Półka! A, to. Książka. Druga książka.

Zerknąłem na zegarek. Niech to szlag! Już tylko sekundy dzieliły mnie od półfinałowego meczu, a ja byłem w lesie. Potwór na śpiącego nie wyglądał wcale, nocnika unikał jak zarazy, za to uparcie pakował sobie paluch do buzi na znak, że jest głodny. Cholera, zaraz mecz się zacznie! Nie było wyjścia – pęknie, nie pęknie – dostanie swój przeklęty obiadek.

– Ale siadasz na nocnik. Nie będę za tobą biegał, rozumiesz?

Potwór łaskawie się zgodził

Mecz z wolna się rozkręcał. Koreańczycy biegali jak szaleni, Niemcy stali murem. Ależ akcja! Co za podanie, jakie uderzenie! – szarpały mną emocje. Antkiem też zaczęło coś szarpać. Tam ludzie walczyli o wejście do finału, a ten zupełnie nie pojmował wagi sytuacji.

– Czego ty znowu chcesz? Nie! Błagam cię, nie wstawaj. Poczekaj! Coś ci dam, żebyś się nie nudził…

Zdjąłem z ręki zegarek i dałem Antkowi. Roześmiał się od ucha do ucha. Nie dziwota; osiemnaście melodyjek, światełko, dwa stopery, kompas, a nawet barometr. Istne cudo! Potwór wreszcie dał mi w spokoju oglądać. Pogrążyłem się w rozgrywce… Otrzeźwił mnie niemiły zapach. Niemiły to delikatnie powiedziane, ale się ucieszyłem.

– Zuch chłopak! – pochwaliłem. – Teraz wstaniemy, wytrzemy pupę i pójdziemy wyrzucić to do sedesu.

– Ne, ne, ne! – synek nie pozwolił tknąć nocnika; sam z dumną miną poniósł go do łazienki.

Coś mnie zastanowiło.

– Gdzie zegarek? Tik-tak gdzie jest?

Potwór spojrzał niewinnie.

– Dobra, potem poszukamy. Teraz się pośpiesz. Do końca meczu został tylko kwadrans.

Ale nie dane mi było zobaczyć emocjonującej końcówki. Kiedy Antek wywalił zawartość nocnika do ubikacji, zerknąłem i zamarłem. Na wierzchu leżał mój piękny zegarek! Z melodyjkami, dwoma stoperami, kompasem… Potwór narobił na mój zegarek!

– Coś ty zrobił?! – wrzasnąłem. – Zobacz, coś ty, do cholery, zrobił!

Antek się rozpłakał

Nie wył w głos, tylko kwilił zlękniony. Poczułem się jak ostatnia szuja. W końcu to był tylko zegarek. Piękny i mój ulubiony, ale tylko zegarek. Spuściłem wodę.

– Nie płacz, synku. Przepraszam, nie chciałem – przytuliłem go. – Jak chcesz, pobawię się z tobą. W co byś chciał? Wybieraj.

– A cio to? – usłyszałem radosny głosik i westchnąłem ciężko.

– Dobra, ale przedtem tatuś włączy nagrywanie w telewizorku.

Wideo to jednak cudowny wynalazek. Przyjdzie żonka, zabierze potwora, a ja się odprężę przy oglądaniu zakończenia. O włączeniu radia nawet nie pomyślałem. Poznałbym wynik, a tego nie znoszę. Tracę całą przyjemność z oglądania. Minęła kolejna godzina. Byłem wymęczony – potwór ożywiony jak skowronek. Próbowałem namówić go na inną zabawę, ale z mściwym uporem powtarzał „A cio to?”. Marzyłem o drzemce. Synek znowu trzymał palec w buzi. Dałem mu suchą bułkę, nie powinna zaszkodzić.

– Kaszki ci nie zrobię, bo nie umiem. Mama się pomyliła – poinformowałem go nie bez satysfakcji.

Zezował z wyrzutem, ale już mnie to nie wzruszało. Padałem z nóg. A moja żona, mając na głowie potwora, w międzyczasie jeszcze prała, sprzątała, gotowała, prasowała… Jakim cudem? Opanowała klonowanie samej siebie? Ziewnąłem. O dziwo, Antek podchwycił. Poziewaliśmy sobie wspólnie, a potem położyliśmy się na dużym łóżku i zasnęliśmy nie wiedzieć kiedy…

 Tek pisiu-pisiu.

– Zsikałeś się? – mruknąłem sennie. – No nie, na moje łóżko? – szerzej otworzyłem oczy.

– Ne, ne! Tek pisiu-pisiu!

Przyjrzałem mu się uważniej. Ręce, buzię i koszulkę miał wysmarowane długopisem.

– Po sobie pisałeś, stary?

– Ne, ne! – uczciwe chłopię wskazało niebieską rączką ścianę za moją głową; obróciłem się wolno.

– O Boże! – jęknąłem zrozpaczony.

Czułem, że porysowana ściana to zemsta za brak kaszki. Nie miałem siły krzyczeć. Byłem bezradny jak nigdy w życiu. Szczerze, chciało mi się płakać.

– Antoni, twoja matka mnie zabije. Popisana tapeta, zalana łazienka, bałagan w pokoju, utopiony zegarek. Gorzej być nie może!

Wtedy potwór zwymiotował na łóżko, a następnie się posikał. Po powrocie Kasia znalazła mnie siedzącego w fotelu i gapiącego się bezmyślnie przed siebie. U moich stóp Antek zgrywał anioła i cichutko bawił się klockami. Katarzyna obeszła cały dom, obejrzała pełnię szkód i wydała wyrok:

 Nie upilnowałeś go i przekarmiłeś, ale grunt, że żyjecie.

Po czym jeszcze raz zerknęła na zniszczoną tapetę i dodała:

– Niemcy wygrali 1:0 w siedemdziesiątej piątej minucie. Usłyszałam w taksówce.

Teraz już wiem, po kim to dziecko jest takie mściwe! Od 2002 roku minęło czternaście lat, Antek wyrósł i już nie jest małym potworem – zmutował w zbuntowanego nastolatka, niezwykle czułego na punkcie swego honoru. Nie wiadomo, co gorsze.

Related Posts