Pożyczyłam synowej pięć tysięcy na kurs prawa jazdy. Miała oddać po pierwszej wypłacie w nowej pracy. Pracę dostała, prawo jazdy zdała, kupiła samochód na raty. Kiedy przypomniałam o długu, powiedziała, że to “był prezent od teściowej na nowy start”. Zapytałam syna.
“Mamo, nie kłóć się z nią o takie rzeczy” – powiedział Janusz, odwracając wzrok. Stał w progu mojej kuchni, z rękami w kieszeniach kurtki, jakby szykował się do ucieczki. A ja trzymałam w dłoni kubek z herbatą i czułam, jak mi drętwieją palce.
Pięć tysięcy złotych. Nie milion, nie sto tysięcy. Pięć tysięcy, które wyciągnęłam z oszczędności na nowy piec, bo Agnieszka – moja synowa – powiedziała, że kurs prawa jazdy zmieni jej życie. Że bez samochodu nie dostanie porządnej pracy. Że autobusy z ich osiedla jeżdżą raz na godzinę i nie da się z tym funkcjonować.
Nie wahałam się długo. Przez trzydzieści lat pracowałam w szkółce ogrodniczej pod Łodzią – najpierw przy sadzonkach, potem przy zamówieniach, na koniec prowadziłam dokumentację i rozliczenia z hurtowniami. Nauczyłam się liczyć każdą złotówkę. I właśnie dlatego, kiedy Agnieszka poprosiła, wiedziałam, że to rozsądna inwestycja. Kurs kosztował ponad cztery tysiące, reszta miała pójść na egzaminy i badania. Normalna sprawa.
Umówiłyśmy się jasno. Odda po pierwszej wypłacie w nowej pracy. Agnieszka patrzyła mi wtedy prosto w oczy, mówiła “dziękuję, mamo” – bo tak do mnie mówi, “mamo”, od ślubu z Januszem. Lubiłam to. Czułam, że mamy coś ciepłego między sobą, coś prawdziwego.
Janusz i Agnieszka wzięli ślub cztery lata temu. Poznali się przez znajomych, ona przyjechała z Piotrkowa, zamieszkali na osiedlu za torami w wynajętym mieszkaniu. Agnieszka pracowała wtedy dorywczo – sprzątanie, opieka nad starszą panią, raz na jakiś czas zastępstwo w sklepie. Janusz jeździł na budowy, zarabiał nieźle, ale nieregularnie. Kiedy urodziła się mała Zosia, Agnieszka została w domu. Potem Zosia poszła do przedszkola i Agnieszka zaczęła szukać czegoś stałego. I wtedy padł temat prawa jazdy.
Kurs zdała za pierwszym razem. Zadzwoniła do mnie z radością, słyszałam w słuchawce, jak Zosia krzyczy “mama umie jeździć!”. Ucieszyłam się szczerze. Potem Agnieszka dostała pracę – w hurtowni materiałów budowlanych na obrzeżach miasta, na magazynie i w biurze jednocześnie. Wracała zmęczona, ale zadowolona. Mówiła, że szef ją chwali.
A potem kupili samochód. Używany, na raty, ale jednak – samochód. Agnieszka wrzuciła zdjęcie na Facebooka z podpisem “moja pierwsza bryka”. Pomyślałam: dobrze, dziewczyna się rozwija. Ale gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichy głos: a te pięć tysięcy?
Minęły dwa miesiące od pierwszej wypłaty. Potem trzy. Nie chciałam naciskać. Myślałam: raty za auto, przedszkole, czynsz. Rozumiem, że ciężko. Ale po czwartym miesiącu zadzwoniłam.
- Agnieszko, nie chcę cię stresować, ale pamiętasz o tych pieniądzach za kurs?
Cisza. Potem śmiech. Taki lekki, jakby trochę zdziwiony.
„Mamo, ale to przecież był prezent od ciebie. Na nowy start. Tak to odebrałam.”
Prezent. Stałam przy kuchennym oknie, patrzyłam na bzy, które właśnie zaczynały kwitnąć w ogródku sąsiada, i nie mogłam wydusić słowa. Jaki prezent? Kiedy powiedziałam “pożyczam”? Kiedy powiedziałam “daruję”? Przecież wyraźnie rozmawiałyśmy o oddaniu pieniędzy.
- Agnieszko, to nie był prezent. Rozmawiałyśmy o tym. Miałaś oddać po pierwszej wypłacie.
- Mamo, ja naprawdę nie tak to zapamiętałam. Przykro mi, jeśli było nieporozumienie.
Nieporozumienie. To słowo wbiło mi się pod skórę jak drzazga.
Zadzwoniłam do Janusza. Nie od razu – przez trzy dni chodziłam po domu i zastanawiałam się, czy ja zwariowałam, czy rzeczywiście tak jasno to powiedziałam. Otworzyłam nawet szufladę, w której trzymam ważne papiery – szukałam czegoś, jakiegoś potwierdzenia. Głupota. Kto pisze potwierdzenie pożyczki synowej? Przecież to rodzina.
Janusz przyjechał w sobotę. Wszedł do kuchni, nie usiadł. Stał w tych swoich roboczych butach, które zawsze zostawia pod wieszakiem, ale tym razem nie zdjął. Jakby chciał mieć blisko do drzwi.
- Janusz, czy ty wiesz, że Agnieszka uważa te pieniądze za prezent? – zapytałam, patrząc na niego.
On spuścił wzrok i odkaszlnął.
- Mamo, nie teraz. Proszę.
Stał w milczeniu, a ja czułam, jak mi serce przyspiesza. Co się z nimi stało? Gdzie podziała się ta bliskość, ta prawda, która była kiedyś między nami?