Kiedy za nią zatrzasnęły się żelazne drzwi, Alicja pozwoliła sobie na jeden oddech. Powolny, głęboki, kontrolowany. Czuła zapach wilgoci, potu i strachu — znajomy aromat więziennych murów, które znała aż nazbyt dobrze, tyle że zwykle po drugiej stronie krat. Na moment przymknęła oczy. Jej umysł automatycznie oceniał odległość do okna, grubość drzwi, liczbę śrub i kroki strażników za ścianą. Dwie kobiety w rogu spojrzały na nią z niepewnością. Jedna z nich pociągnęła nosem: — Ciebie też wrobili? — Na to wygląda — odpowiedziała spokojnie Alicja, siadając obok. — Od kiedy tu siedzicie? Kobiety wymieniły spojrzenia. Młodsza szepnęła: — Drugi tydzień. Mówią, że jak się nie „dogadamy”, to sprawy nie zamkną. Alicja skinęła głową. Wszystko stało się jasne: drobne policyjne szczury, które wymyśliły sobie biznes na „podrzucaniu”. A Bernard — wyglądało na to, że był ich głównym dostawcą „problemowych przypadków”. Niepostrzeżenie zdjęła gumkę z włosów, a cienką metalową spinkę zostawiła w dłoni. Jej spojrzenie stężało, jakby odłączyła się od świata — ale w środku uruchomiła się maszyna. Dokładna, zimna, wojskowa. Po dwudziestu minutach drzwi celi skrzypnęły. W progu stanął Łukasz z samozadowolonym uśmiechem: — No i co, piękna, gotowa pogadać?
Alicja podniosła wzrok. — Tak — odpowiedziała cicho. — Teraz jestem gotowa. Kiedy nachylił się, by chwycić ją za rękę, wszystko wydarzyło się w jednej chwili: spinka błysnęła w powietrzu, a metalowy grot wbił się w tętnicę na jego szyi. Łukasz szarpnął się, wygnął nienaturalnie i upadł na podłogę, dławiąc się własnym krzykiem. Kobiety krzyknęły, ale Alicja przyłożyła palec do ust. — „Cicho.” Zabrała mu klucze, wyciągnęła pistolet i narzuciła jego kurtkę. W jej oczach nie było strachu ani złości — tylko skupienie. Korytarz tonął w półmroku. Alicja poruszała się miękko, jak drapieżnik w wysokiej trawie. Dalej — gabinet Bernarda. Za drzwiami słychać było śmiech i ciche buczenie radia. Zbliżyła się, zaciskając palce na chwycie broni. — Mówiłem, że jest miękka — dobiegł głos Duwala.
— Za godzinę zacznie wyć. Drzwi otworzyły się z hukiem. Trzech funkcjonariuszy zamarło. Pierwszy strzał zniszczył lampę, drugi przeszył ramię Duwala, trzeci utkwił w ścianie obok Bernarda. Alicja stała w progu jak cień, obrysowana światłem. Przerażająco spokojna. Sekunda — i broń Duwala znalazła się w jej dłoniach. Bernard znieruchomiał, blady, trzymając kurczowo telefon. — Zapamiętaj — powiedziała chrapliwie Alicja. — To nie jest twoje przedstawienie.
Odwróciła się do śledczego: — Na biurku raport, pendrive i nagranie z kamer. Teraz idziesz ze mną. Śledczy, drżąc, wyciągnął z szuflady pamięć. Alicja schwyciła go za kołnierz i popchnęła w stronę drzwi. Na zewnątrz zawyła syrena. Ktoś już zauważył chaos. Zza rogu dobiegły krzyki: „Alarm!”. Ale Alicja wiedziała, że ma dość czasu.
Wyprowadziła śledczego na tylny dziedziniec. Padł strzał — kula prześlizgnęła się po ścianie. Alicja odpowiedziała krótką serią, nie celując — tylko po to, by ostudzić zapał pościgu. Minutę później siedzieli już w jej aucie. Śledczy wycharczał przez zaciśnięte zęby:
— Nie uciekniesz. Zablokują wszystko. — Uwierz mi — uśmiechnęła się Alicja — mnie nie da się zablokować. Wcisnęła gaz. Silnik ryknął. Nocna droga znów przyjęła ją w swoje objęcia — tak jak na początku wieczoru, lecz teraz w jej oczach nie było zmęczenia. Tylko determinacja i lodowaty ogień. Światła mijanych latarni rysowały za nią smugi, a w dłoni trzymała pendrive’a — dowód, że wszystko da się odwrócić.
Za nią na komisariacie dudniły kroki i wrzaski rozkazów. Ale było już za późno. Alicja Morawska odjeżdżała w noc, zostawiając za sobą tych, którzy uznali ją za „zwykłą dziewczynę”. Nie wiedzieli jeszcze, że przeciwko nim grała najgroźniejsza kobieta w kraju — a jej zemsta dopiero się zaczynała.