Anna patrzyła na Marka jeszcze przez kilka sekund w zupełnym milczeniu. W powietrzu wisiało napięcie tak gęste, że aż trudno było oddychać.

Anna patrzyła na Marka jeszcze przez kilka sekund w zupełnym milczeniu. W powietrzu wisiało napięcie tak gęste, że aż trudno było oddychać. Z kuchennego okna wpadało przygaszone światło wieczoru, a cichy szum lodówki zdawał się wyznaczać rytm kończącej się rozmowy.

— Nie rozumiesz, bo nie chcesz rozumieć — powiedziała w końcu spokojnie. — Łatwiej jest ci uwierzyć, że to ja jestem problemem. Wtedy nie musisz przyznać, że ktoś tobą steruje.

Marek skrzywił się, jakby te słowa były policzkiem.

— Znowu zaczynasz swoje psychologiczne analizy. Ja znam Karolinę całe życie.

— Znasz obraz, który chcesz widzieć. A może po prostu zawsze taka była, tylko wolałeś tego nie zauważać.

Roześmiał się krótko i nerwowo.

— No dobrze. To powiedz mi wprost. Czego według ciebie ona chce?

Anna oparła się o blat, splatając ramiona.

— Chce czuć się potrzebna. Chce mieć pewność, że zawsze ktoś do niej wróci. Kiedy tylko próbujemy żyć spokojnie, pojawia się kolejny dramat. Bo spokój oznaczałby, że musi zostać sama ze sobą. A tego się boi.

Marek milczał przez chwilę. W jego oczach przemknęło coś niepewnego.

— To bzdura.

— Możliwe. W takim razie zrób prosty test. Zadzwoń do niej teraz i powiedz, że jutro wyjeżdżamy na wakacje i nie będziesz mógł jej pomóc. Zobaczymy, co się stanie.

Telefon w jego dłoni nagle wydał się ciężki. Wahał się, ale po chwili jego twarz znów stwardniała.

— Nie mam zamiaru niczego udowadniać. To ty powinnaś naprawić sytuację.

— Marek… — westchnęła cicho. — Tego już nie da się naprawić. Bo to nie jest problem Karoliny. To jest problem nasz.

Słowa zawisły między nimi jak wyrok.

— Co masz na myśli? — zapytał ostrożniej.

Anna wzięła głęboki oddech.

— Mam na myśli to, że nie potrafię tak dalej żyć. Nie chcę co chwilę tłumaczyć się z rzeczy, których nie zrobiłam. Nie chcę walczyć z kimś, kto zawsze pojawia się między nami, gdy tylko próbujemy być szczęśliwi. I nie chcę być w domu, w którym czuję się jak gość.

Marek pobladł.

— Przesadzasz.

— Nie. Po prostu zbyt długo milczałam i uznałeś to za normalne. Tobie było wygodnie nie wybierać. Teraz już nie możesz tego uniknąć.

Zrobił krok w jej stronę, jakby chciał skrócić dystans.

— Anna, nie rób z tego tragedii. Porozmawiamy jutro. Karolina się uspokoi.

— Ona nigdy się nie uspokoi — odpowiedziała cicho. — Bo ty tak naprawdę nie chcesz spokoju. Chcesz być komuś potrzebny. A ona zawsze daje ci to poczucie.

Tym razem nie znalazł odpowiedzi. Rozejrzał się po kuchni, po znanych przedmiotach, które nagle wydały się obce. Ciepłe światło lampy przestało być przytulne, a cisza stała się ciężarem.

— I co teraz zamierzasz zrobić? — zapytał w końcu.

Anna spojrzała w stronę okna. Na zewnątrz zapalały się pierwsze latarnie.

— Odejść.

Jedno słowo wystarczyło.

— Dokąd?

— Jeszcze nie wiem. Ale wiem, że muszę odejść, zanim zapomnę, kim jestem.

Marek zacisnął dłonie w pięści. W jego oczach pojawił się błysk gniewu, lecz zaraz potem ustąpił miejsca czemuś bardziej kruchym.

— Będziesz tego żałować.

Anna uśmiechnęła się smutno.

— Być może. Ale bardziej żałowałabym, gdybym została.

Odwróciła się i wyszła do salonu. Wzięła telefon ze stolika i zaczęła pisać wiadomość. Każde słowo przychodziło z zaskakującą łatwością, jakby decyzja zapadła dawno temu.

Za jej plecami Marek stał bez ruchu. Słuchał, jak woda w garnku zaczyna wrzeć coraz głośniej, jakby odmierzała ostatnie chwile życia, które właśnie rozsypywało się w ciszy.

Related Posts

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *