To, co niemieccy żołnierze zrobili francuskim zakonnicom, przekracza granice wyobraźni.

Nazywano je sługami Boga, kobietami, które poświęciły swoje życie modlitwie, opiece nad chorymi i wychowywaniu dzieci; kobietami chronionymi przez swoje welony, krzyże i śluby czystości. Kobietami, które wierzyły, że nawet w czasie wojny, nawet w obliczu wroga, ich habit chroni je. Myliły się. To, co niemieccy żołnierze zrobili francuskim zakonnicom, przekracza granice wyobraźni, nie dlatego, że było to wyjątkowe w okropnościach wojny, ale dlatego, że zburzyło jedno z ostatnich tabu, które nawet wojna miała szanować.

W tym chaosie najbardziej bezbronni stali się celem ataków. Klasztory, niegdyś szanowane nawet przez okupantów, przestały być sanktuariami. Klasztor Miłosierdzia znajdował się w małej wiosce niedaleko Caen. Mieszkało w nim dwadzieścia trzy zakonnice pod przewodnictwem matki przełożonej Marie-Thérèse, sześćdziesięcioletniej kobiety, która poświęciła lata swojego życia służbie Bogu. Klasztor służył jako szkoła dla dziewcząt z wioski, hospicjum dla osób starszych i schronienie dla ubogich. Siostry były dobrze znane i kochane. Dwuletnia siostra Marguerite uczyła dzieci. Dwudziestosześcioletnia siostra Elisabeth opiekowała się chorymi. Siostra Jeanne, najmłodsza, dziewiętnastoletnia, właśnie złożyła śluby wieczyste. Modliła się kilka razy dziennie, wstawała o czwartej rano i prowadziła życie w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie. Ich świat był mały, ograniczony murami klasztoru, ale nawet te mury nie mogły ich ochronić przed tym, co miało nadejść.

15 sierpnia 1944 r., w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, święto dla katolików, wszystko się zmieniło. Do wsi dotarła wycofująca się jednostka niemiecka. Nie byli to zdyscyplinowani żołnierze regularnej Wehrmachtu, ale rozproszeni, zdezorganizowani, zdesperowani ludzie. Niektórzy z nich należeli do Waffen-SS, inni byli zwykłymi żołnierzami, którzy stracili swoich oficerów. Wszyscy byli zgorzkniali, wyczerpani, świadomi przegranej wojny i wszyscy szukali kogoś, kogo mogliby obwinić. Wioska była prawie pusta. Mężczyźni uciekli lub ukryli się w lesie. Rodziny zabarykadowały się w swoich domach. Otwarty pozostał tylko klasztor, którego drzwi pozostawały otwarte zgodnie z tradycją chrześcijańskiej gościnności.Gry rodzinne

Matka Marie-Thérèse nalegała, aby drzwi pozostały otwarte. „Jesteśmy sługami Boga” – powiedziała – „nie mamy się czego obawiać. Nawet Niemcy szanują święte miejsca”. Wierzyła w boską ochronę.

Wierzyła w powszechny szacunek dla kobiet poświęconych Bogu. Myliła się. Pierwsi żołnierze wkroczyli do klasztoru około południa. Pięciu mężczyzn w brudnych mundurach, uzbrojonych w karabiny i z butelkami wina skradzionymi z wiejskiej piwnicy. Byli już pijani. Siostra Marguerite pierwsza dostrzegła ich z okna refektarza. Szybko zeszła na dół, aby ostrzec matkę Marie-Thérèse. „Nadchodzą niemieccy żołnierze, matko”. „Ilu ich jest?”. „Pięciu. Wydają się zdezorientowani”. Matka Marie-Thérèse spokojnie wstała, poprawiła welon i podeszła do drzwi wejściowych. „Zostańcie w kaplicy” – poleciła pozostałym siostrom. „Módlcie się, porozmawiam z nimi”

Siostry posłuchały i zebrały się w małej kaplicy klasztoru. Trzy kobiety w czarno-białych habitach uklękły i odmawiały różaniec. Ich głosy unosiły się w jednolitym szepcie: „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna…”. Matka Marie-Thérèse czekała na żołnierzy przy drzwiach. Kiedy weszli, skłoniła się lekko. „Panowie”, powiedziała niepewną niemiecką wymową, „witajcie. Jeśli potrzebujecie jedzenia lub wody, podzielimy się tym, co mamy”. Najstarszy z żołnierzy, około czterdziestoletni sierżant z blizną na policzku, patrzył na nią przez dłuższą chwilę. „Gdzie są pozostali?”. „W kaplicy, modlą się”. „Proszę ich przyprowadzić”. „Oni są…”. „Powiedziałem: proszę ich przyprowadzić!”. Ton jego głosu zmienił się. Nie było już uprzejmości, tylko nagły rozkaz.

Matka Marie-Thérèse poczuła dreszcz w żołądku, ale skinęła głową i poszła po siostry. Kiedy zakonnice weszły do refektarza, żołnierze obserwowali je z uwagą, która nie miała nic wspólnego z szacunkiem. Młody żołnierz, nie mający więcej niż dwadzieścia lat, zagwizdał cicho. Inny się roześmiał. Sierżant okrążył grupę, przyglądając się uważnie każdej twarzy. „Jesteście Francuzkami?” „Jesteśmy sługami Boga” – odpowiedziała matka Marie-Thérèse. „Nie mamy narodowości”. „Jesteście Francuzkami” – powtórzył sierżant. „A Francja nas zdradziła”. „Nie mamy z tym nic wspólnego…” „Cisza!” Sierżant zwrócił się do swoich ludzi. „Przeszukajcie klasztor. Szukajcie broni, radiostacji, ukrytych bojowników ruchu oporu”.

Żołnierze rozeszli się po całym budynku. Słychać było odgłosy trzaskania drzwiami, przewracania mebli i tłuczonego szkła. Szukali broni, ale szukali też czegoś innego: pretekstu, powodu, uzasadnienia dla tego, co chcieli zrobić. Nie znaleźli nic. Żadnej broni, żadnego radia, tylko surowe pokoje z wąskimi łóżkami, krucyfiksami na ścianach i modlitewnikami. Ale to już nie miało znaczenia. Kiedy żołnierze wrócili, ich zachowanie uległo zmianie. Wino zaczęło działać, podobnie jak brak autorytetu, a przede wszystkim gorycz porażki. „Karmiłaś bojowników ruchu oporu” – oskarżył sierżant. „Karmimy wszystkich głodnych” – spokojnie odpowiedziała matka Marie-Thérèse. „To nasz chrześcijański obowiązek”. „Ukrywałaś Żydów”. „Daliśmy schronienie potrzebującym”. „Zdradziłaś Rzeszą”. „Służyliśmy Bogu”.Regały na książki

Related Posts