Znaleźli dzieci w stodole, która nie była otwarta od 40 lat, w tym 17. Wiek od 4 do 19 lat. Nic nie mówili. Nie płakali. A kiedy pracownicy socjalni próbowali ich rozdzielić, wydali dźwięk, którego żadne ludzkie dziecko nie powinno być w stanie wydać. Miejscowy szeryf, który odpowiedział na wezwanie, zrezygnował 3 dni później i nigdy więcej o tym nie mówił. Stan zapieczętował zapisy w 1973 roku, ale jedno z tych dzieci przeżyło dorosłość. A w 2016 roku w końcu opowiedziała swoją historię. To, co powiedziała o swojej rodzinie, o tym, co żyło w ich krwi, zmieniło wszystko, co myśleliśmy, że wiemy o klanie Hollow Ridge.Gry rodzinne
Hollow Ridge nie jest już na większości map. To odcinek krainy w południowych Appalachach, schowany między Kentucky i Wirginią, gdzie wzgórza składają się na siebie jak tajemnice. Rodzaj miejsca, w którym rodziny nie opuszczają, gdzie imiona powtarzają się przez pokolenia, gdzie osoby postronne nie są mile widziane i nie ma odpowiedzi na pytania. Przez ponad 200 lat grzbiet był domem dla jednej rodziny. Nazywali siebie klanem Dalhartów, chociaż niektóre starsze zapisy używają różnych nazw. Dalhard, Dalhart, Dale Hart. Różnice nie mają znaczenia. Liczy się to, że zostali z pokolenia na pokolenie. Pozostali na tej samej działce, nigdy nie żenili się poza grzbietem, nigdy nie chodzili do kościołów w mieście, nigdy nie zapisywali swoich dzieci do szkół. Byli znani, ale nie rozumiani, tolerowani, ale nie ufali.
W latach sześćdziesiątych większość ludzi zakładała, że Dalhartowie wymarli. Główny dom był opuszczony przez dziesięciolecia. Pola oszalały. Od końca II Wojny Światowej nikt nie widział dymu z kominów ani świateł w oknach. nieliczni miejscowi, którzy o nich pamiętali, mówili uważnie, jakby samo nazwisko miało wagę. Ale w czerwcu 1968 roku para myśliwych natknęła się na starą posiadłość Dalhart, śledząc rannego Jelenia. To, co znaleźli, nie było jeleniem. To była stodoła. A w tej stodole było 17 dzieci żyjących w warunkach, które wymykały się wyjaśnieniom. Nie mieli bieżącej wody, prądu, łóżek. Spali na zgniłym sianie i nosili ubrania zszyte z płótna i skóry zwierząt. Ich włosy były długie i zmatowione. Ich skóra była blada, prawie półprzezroczysta, jakby nigdy nie widzieli światła słonecznego. A kiedy zbliżali się myśliwi, dzieci nie uciekały. Stali idealnie nieruchomo, wpatrując się w oczy, które nie mrugały, nie wahały się, nie wyglądały na całkowicie ludzkie.
Myśliwi zwrócili się do władz. O zmroku nieruchomość była otoczona przez policję, pracowników socjalnych i zespół medyczny ze Szpitala Powiatowego.
To, co wydarzyło się w ciągu następnych 72 godzin, zostało udokumentowane w raportach, które później zostały pochowane pod pieczęcią sądową, ale fragmenty historii przetrwały—fragmenty, szepty, zeznania, które nigdy nie miały opuścić sali sądowej. I wszystkie wskazują na tę samą niepokojącą prawdę. Dzieci Dalhartów nie były podobne do innych dzieci ani pod względem zachowania, biologii, ani tego, co nosiły w sobie.
Głównym pracownikiem socjalnym przydzielonym do sprawy była kobieta o imieniu Margaret Dunn. Pracowała w opiece nad dziećmi przez 16 lat, zajmowała się sprawami nadużyć, zaniedbań i porzuceń w trzech hrabstwach. Myślała, że widziała wszystko. Ale kiedy przybyła do posiadłości Dalhart rankiem 18 czerwca 1968 roku, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie tylko z dziećmi, ale z samą ziemią. W swoim raporcie, jednym z niewielu dokumentów, które przetrwały uszczelnienie, opisała powietrze wokół stodoły jako grube, prawie odporne, jak chodzenie po wodzie. Napisała, że cisza była nienaturalna. Żadnych ptaków, żadnych owadów, żadnego wiatru poruszającego się po drzewach, tylko dzieci stojące w półkolu w stodole, obserwujące dorosłych z wyrazami twarzy, które opisała jako świadome, ale nieobecne.
Najmłodszym dzieckiem była dziewczynka, która wydawała się mieć około 4 lat. Najstarszy był chłopiec, który wyglądał 19, chociaż późniejsze badania lekarskie sugerowałyby, że mógł być znacznie starszy. Żaden z nich nie podałby swoich nazwisk. Żaden z nich w ogóle by się nie odzywał. Nie przez pierwsze 48 godzin. Kiedy zespół medyczny próbował przeprowadzić badania, dzieci stawiały opór, nie gwałtownie, ale z rodzajem skoordynowanego bezruchu, który uniemożliwiał kontynuowanie. Utykali, a ich ciała stawały się tak ciężkie, że potrzeba było trzech dorosłych, aby podnieść jedno dziecko. Ich skóra była zimna w dotyku, nawet w czerwcowym upale. A ich oczy-każda osoba, która miała z nimi kontakt, wspominała o oczach-ciemnych, prawie czarnych, z źrenicami, które wydawały się nie reagować na światło.
Margaret Dunn próbowała rozdzielić dzieci na indywidualne wywiady. Wtedy sytuacja się nasiliła. W chwili, gdy najmłodsza dziewczyna została wyprowadzona z grupy, inni zaczęli nucić; nie melodia, ale pojedynczy trwały ton, który wibrował przez ściany stodoły. Stawał się głośniejszy, głębszy, aż czuł się mniej jak dźwięk, a bardziej jak ciśnienie. Obecny szeryf opisał to jako uczucie, jakby jego czaszka była ściskana od środka. Dziewczyna, która została rozdzielona, upadła-nie zemdlała, upadła—jakby każda kość w jej ciele zamieniła się w płyn. Kiedy przyprowadzili ją z powrotem do grupy, natychmiast wstała, bez szwanku i ponownie dołączyła do kręgu. Buczenie ustało. Nikt nie próbował ich ponownie rozdzielić.
W ciągu następnych 2 dni władze starały się dowiedzieć, co robić. Dzieci nie mogły pozostać na posesji, ale żaden obiekt w stanie nie był przystosowany do obsługi 17 dzieci, które odmówiły separacji i przejawiały zachowania, których nikt nie potrafił wyjaśnić. Tymczasowe schronienie zostało założone w starej piwnicy kościoła 30 mil stąd. Dzieci były przewożone razem jednym autobusem. Przez całą jazdę siedzieli w całkowitej ciszy, ręce złożone na kolanach, wpatrując się prosto przed siebie. Kiedy przybyli, przenieśli się jako jednostka, składając się do piwnicy i układając się w tę samą półkolistą formację, którą trzymali w stodole.
I Tej nocy dozorca kościoła usłyszał ich śpiew, nie po angielsku, nie w żadnym języku, który rozpoznał. Opisał to jako coś starszego niż słowa. Do rana trzech pracowników zrezygnowało. Nie powiedzieli Dlaczego. Właśnie wyszli.
Dr William Ashford był psychiatrą sprowadzonym do oceny dzieci. Był człowiekiem klinicznym wyszkolonym w Johns Hopkins, znanym z pracy z osobami, które przeżyły traumę i dziećmi z skrajnych przypadków izolacji. Oceniał Dzikie dzieci, ofiary znęcania się nad kultem i pacjentów z mutyzmem wybiórczym. Podchodził do dzieci Dalhartów z tym samym metodycznym dystansem, którego używał w każdym innym przypadku. Ten oddział trwał dokładnie 3 dni. Czwartego dnia złożył raport do państwa, który zawierał jeden odręczny wiersz na dole: “te dzieci nie cierpią z powodu traumy psychicznej. Są czymś zupełnie innym.”Odmówił opracowania. Dwa tygodnie później zamknął prywatną praktykę i przeniósł się do Oregonu. Nigdy więcej nie leczył dzieci.
To, czego Ashford był świadkiem w ciągu tych trzech dni, zostało udokumentowane w notatkach z sesji, które zostały później sklasyfikowane. Ale fragmenty jego obserwacji wyciekły w 1994 roku przez urzędnika sądu, który digitalizował stare zapisy. Według notatek Ashforda dzieci wykazały zdolności, które przeciwstawiały się konwencjonalnemu rozwojowi dziecka. Wykazali doskonałą synchronizację bez komunikacji werbalnej, poruszając się, obracając, a nawet oddychając dokładnie zgodnie. Kiedy jednemu dziecku pokazano obraz podczas prywatnej sesji, inne później narysowały ten sam obraz, nie widząc go. Nie mieli pojęcia o indywidualnej tożsamości. Zapytani o ich imiona, odpowiadali tym samym zwrotem, zawsze zgodnie: “jesteśmy Dalhartem.”Pytani o rodziców uśmiechali się—nie uśmiech dziecka, ale coś przećwiczonego, coś pustego—i nic nie mówili.
Najbardziej niepokojąca obserwacja nastąpiła podczas badania lekarskiego. Pielęgniarka o imieniu Patricia Hollis pobierała krew od jednego ze starszych chłopców, kiedy zauważyła coś niezwykłego. Krew była ciemniejsza niż normalnie, prawie brązowa i skoagulowała w ciągu kilku sekund od opuszczenia żyły. Bardziej niepokojąca była reakcja chłopca; nie wzdrygnął się, nie płakał, nawet nie zauważył igły. Ale w chwili, gdy jego krew dotknęła szklanej fiolki, każde inne dziecko w budynku odwróciło się twarzą do jego kierunku.
Stali jednocześnie z miejsca, w którym siedzieli, i zaczęli zbliżać się do niego powoli, cicho, jakby ciągnięci niewidzialną nicią. Personel zamknął drzwi, zanim dzieci mogły się zbiec. Ale przez następne 6 godzin stali przyciśnięci do tych drzwi, dłońmi płasko do drewna, czekając. Chłopiec, którego krew została pobrana, siedział sam w pokoju egzaminacyjnym, idealnie nieruchomo, wpatrując się w sufit. Kiedy w końcu ponownie otworzyli drzwi, dzieci wróciły do swojego kręgu, jakby nic się nie stało. Próbkę krwi wysłano do laboratorium w Richmond. Zaginął w tranzycie. Nigdy nie pobrano próbki kontrolnej.
Pod koniec lipca Państwo podjęło decyzję. Dzieci zostaną rozdzielone, umieszczone w różnych obiektach w Wirginii i Kentucky. To był jedyny sposób, rozumowali, zerwać więź, która ich łączyła, dać im szansę na normalne życie. Margaret Dunn sprzeciwiła się tej decyzji. Podobnie jak kilku pracowników medycznych, ale państwo i tak posunęło się naprzód. 2 sierpnia 1968 roku dzieci zostały załadowane do oddzielnych pojazdów i przewiezione w różne miejsca. Tej nocy każdy obiekt zgłaszał to samo. Dzieci przestały jeść, przestały się ruszać. Siedzieli w przydzielonych im pokojach, wpatrując się w ściany, nucąc ten sam niski, rezonansowy ton. Trzy dni później dwoje dzieci zostało znalezionych martwych w swoich łóżkach. Nie można było ustalić przyczyny śmierci. Ich ciała nie wykazywały oznak urazu, choroby, niepokoju. Po prostu przestali żyć. Pod koniec tygodnia zmarło czterech kolejnych. Państwo cofnęło swoją decyzję. Ocalałe dzieci zostały ponownie zebrane, a umierające ustały.
Stan Wirginia nie wiedział, co zrobić z dziećmi, które zmarły w separacji i kwitły razem. Nie było precedensu, protokołu, ram prawnych dla sytuacji, która nie powinna była być możliwa. Zrobili więc to, co instytucje zawsze robią w obliczu niewytłumaczalnego.
Pochowali go. We wrześniu 1968 r. pozostałe 11 dzieci Dalhart zostało przeniesionych do prywatnej placówki w górach Blue Ridge. Miejsce to nazywało się Riverside Manor, chociaż w pobliżu nie było rzeki i nie był to duży Dwór. Było to przebudowane sanatorium zbudowane w latach dwudziestych XX wieku dla pacjentów z gruźlicą. Porzucony w latach 50. i po cichu ponownie otwarty na podstawie umowy państwowej na sprawy, które musiały zniknąć. Dzieci zostały umieszczone w jednym skrzydle. Żadnych innych pacjentów, żadnych gości, rotacyjny personel pielęgniarek i opiekunów, którzy otrzymywali dobre wynagrodzenie i prosili, aby nie rozmawiać o swojej pracy.
W oficjalnym raporcie placówka została wymieniona jako schronisko dla nieletnich z niepełnosprawnością intelektualną. Nieoficjalna prawda była taka, że Riverside Manor było więzieniem dla rozwiązania problemu, którego Państwo nie mogło rozwiązać i nie chciało ujawnić. Przez następne siedem lat dzieci Dalharta mieszkały w tej instytucji. Starzeją się, ale nie tak jak zwykle. Dokumentacja medyczna pokazuje, że ich wzrost był nierównomierny. Czasami rosły o kilka cali. W innych latach w ogóle by nie rosły.
Ich rozwój fizyczny nie odpowiadał ich pozornemu wiekowi. Chłopiec, który wyglądał na 19 lat, kiedy został znaleziony, nadal wyglądał na 19 w 1975 roku. Najmłodsza dziewczyna, która do tego czasu powinna mieć 11 lat, nadal wydawała się nie starsza niż siedem lat. Badania krwi były niejednoznaczne. Testy genetyczne, prymitywne jak na początku lat 70., wykazały nieprawidłowości, których laboratorium nie mogło sklasyfikować. Ich DNA zawierało sekwencje, które nie pasowały do żadnych znanych ludzkich markerów. Jeden genetyk, który dokonał przeglądu próbek, zauważył, że niektóre segmenty przypominały pozostałości rozwojowe, cechy, które powinny zostać wybrane z ludzkiego genomu tysiące lat temu. Poproszono go, aby nie publikował swoich ustaleń. Zastosował się.
Personel Riverside Manor zgłosił dziwne zdarzenia. Światła zawodziłyby w skrzydle dziecięcym, ale nigdzie indziej w budynku. Spadki temperatury były nagłe, niewyjaśnione i zlokalizowane całkowicie w pomieszczeniach, w których spały dzieci. Przedmioty poruszały się, nie dramatycznie-kubek przesunął się o trzy cale w lewo, krzesło odwróciło się twarzą do ściany, drzwi, które były otwarte, teraz zamknięte, chociaż nikt ich nie dotknął.
Dzieci nigdy nie rozmawiały, ale komunikowały się. Pracownicy opisali uczucie obserwowany nawet wtedy, gdy oczy dzieci były zamknięte. Jeden z opiekunów zgłosił, że obudził się w środku nocy i znalazł wszystkie 11 dzieci stojących wokół jej łóżka, cichych i gapiących się. Odeszła następnego ranka. Inny donosił, że słyszał głosy na korytarzu, rozmowy w języku, który brzmiał jak angielski, odtwarzane wstecz. Kiedy zbadała, znalazła dzieci śpiące w swoich łóżkach, ale głosy trwały do wschodu słońca.