Anna Pietrowna miała siedemdziesiąt osiem lat. W małym miasteczku znali ją wszyscy: cicha, zadbana, zawsze w ciemnym płaszczu, z siatką na zakupy i niezmiennym „dzień dobry”. Przeżyła męża, pochowała jedynego syna, a przez ostatnie lata żyła jakby na pauzie — dom, ławka pod blokiem, wieczorami telewizor.
I nagle pewnego ranka zniknęła.
Sąsiedzi pierwsi podnieśli alarm. Drzwi zamknięte, telefon nie odbiera, ławka pusta. Pomyśleli o najgorszym. Ale po trzech dniach Anna Pietrowna wróciła. Nie karetką, nie z policją — sama wysiadła z taksówki. W kolorowej chuście, z nową torebką i jakimś dziwnym, prawie dziewczęcym blaskiem w oczach.
— Pani… gdzie pani była? — tylko tyle zdołała wydusić sąsiadka.
Anna Pietrowna uśmiechnęła się.
— Żyłam — odpowiedziała po prostu.
Po tygodniu całe miasteczko huczało. Okazało się, że sprzedała działkę, stare biżuterię, nawet kredens, który trzymała czterdzieści lat. Za te pieniądze zapisała się do szkoły plastycznej dla dorosłych — o czym marzyła jeszcze w młodości, ale wtedy „nie było czasu na głupoty”. Co więcej, złożyła dokumenty na udział w wystawie w centrum wojewódzkim.
Kiedy jej obrazy zawisły w sali, ludzie nie wierzyli własnym oczom. Odważne kolory, silne emocje, ból i światło — wszystko to, co przez dziesięciolecia nosiła w sobie po cichu.
— Dlaczego teraz? — zapytał ktoś na wernisażu.
Anna Pietrowna spojrzała na swoje ręce — stare, drżące, ale żywe.
— Bo potem może już nie być nigdy — odpowiedziała.
Tego wieczoru wielu ludzi wyszło z wystawy w milczeniu. Niektórzy — z gulą w gardle.
I każdy pomyślał o tym samym: czy nie odkładamy życia na „potem”, które może wcale nie nadejść.