…Stałam tam jak sparaliżowana. Kaia w końcu powoli wyjęła ręce z pudełka. Spojrzała na mnie, potem na Franka, potem na ciocię Ankę, która uśmiechała się krzywo, z tym swoim wiecznym „ja tylko żartuję” w oczach.
— Nic nie szkodzi — powiedziała Kaia cicho. Za cicho jak na siedmioletnie dziecko. — To był tylko prezent.
I wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Kaia wstała od stołu i podeszła do swojego małego plecaka, który zawsze nosiła ze sobą. Ten różowy, z odrapanym suwakiem i naszywką jednorożca. Pogrzebała w nim chwilę, bardzo powoli, jakby bała się, że ktoś ją zatrzyma. Wyjęła małe pudełeczko, owinięte w papier z choinkami. Papier był trochę pognieciony, taśma krzywo przyklejona.
Podeszła do Franka.
— Dziadku… ja też ci coś kupiłam — powiedziała, nie patrząc mu w oczy.
Frank uniósł brew. Ten sam gest, którym przez całe życie dawał ludziom do zrozumienia, że są głupsi od niego.
— No proszę — mruknął. — Ciekawe, za czyje pieniądze.
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jak się odezwę, to się rozpadnę.
Kaia podała mu pudełko.
— To moje — dodała szybko. — Z moich.
Frank westchnął teatralnie i zerwał papier jednym ruchem. Otworzył pudełko… i zamarł.
W środku był stary zegarek kieszonkowy.
Ten zegarek.
Poznałam go od razu. Był porysowany, z lekko wytartym grawerem na odwrocie. „Dla Franka, 1968”. Zegarek mojego dziadka. Ojca Franka. Człowieka, o którym Frank nigdy nie mówił inaczej niż z pogardą.
— Skąd… — zaczął, ale głos mu się załamał.
Kaia w końcu podniosła na niego wzrok.
— Widziałam go w lombardzie — powiedziała. — Pan mówił, że nikt go nie chce, bo stary i nie chodzi. Ale ja pomyślałam, że może ty go pamiętasz.
Zapadła cisza. Prawdziwa. Ciężka.
— Oddałam swoje pieniądze z urodzin — dodała szybko. — Te od babci. I odłożyłam jeszcze z kieszonkowego. Bo mama mówiła, że kiedyś wszyscy byliśmy czyimiś dziećmi.
Frank patrzył na zegarek, jakby bał się go dotknąć. Jego palce drżały, gdy w końcu go podniósł. Otworzył klapkę. Mechanizm rzeczywiście nie działał.
— On… on mi go zabrał, jak miałem piętnaście lat — powiedział cicho. — Powiedział, że nie zasłużyłem.
Po raz pierwszy w życiu usłyszałam w głosie mojego ojca coś, co nie było pogardą ani gniewem. Coś kruchego.
Anka spuściła wzrok. Nikt się nie śmiał.
Kaia zrobiła krok do tyłu, jakby już spodziewała się reprymendy.
— Przepraszam, jeśli zły prezent — powiedziała. — Mogę go oddać…
Frank wstał tak gwałtownie, że fotel zaskrzypiał. Przez ułamek sekundy bałam się, że znowu ją zrani. Ale zamiast tego uklęknął przed nią. Naprawdę uklęknął.
— Nie — powiedział ochryple. — To… to najlepszy prezent, jaki dostałem w życiu.
Spojrzał na nią. A potem zrobił coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej.
Przytulił ją.
Nie niezgrabnie. Nie sztywno. Po prostu… przytulił.
— Przepraszam — powiedział. — Byłem okropny. Dla ciebie. Dla twojej mamy. Dla wielu ludzi.
Kaia spojrzała na mnie, zaskoczona, jakby pytała, czy to naprawdę się dzieje. Kiwnęłam głową, ledwo widząc przez łzy.
— Dziadku? — zapytała niepewnie.
— Tak, kochanie?
— Dzieci takie jak ja… mogą mieć marzenia?
Frank przełknął ślinę.
— Dzieci takie jak ty — powiedział — powinny mieć największe.
Wieczór potoczył się dalej, ale już inaczej. Ciszej. Ostrożniej. Frank cały czas trzymał zegarek przy sobie, jak talizman. Anka już nic nie komentowała.
A kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, Frank podszedł do mnie.
— Wychowałaś ją lepiej, niż ja kiedykolwiek potrafiłem — powiedział. — I… jeśli pozwolisz… chciałbym spróbować jeszcze raz. Jako ojciec. I dziadek.
Popatrzyłam na Kaię, która machała mu z korytarza.
— Zobaczymy — powiedziałam. — Jeden dzień na raz.
Uśmiechnął się słabo.
W drodze do domu Kaia zapytała:
— Mamo?
— Tak, skarbie?
— Myślisz, że zegarek da się naprawić?
Zaśmiałam się przez łzy.
— Myślę, że niektóre rzeczy potrzebują tylko czasu. I trochę serca.
Kaia oparła głowę o szybę.
— To dobrze — mruknęła. — Bo ja mam dużo jednego i drugiego.
I po raz pierwszy od bardzo dawna uwierzyłam, że to wystarczy.