Czekała przy oknie, a czas wydawał się rozciągać jak guma. Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, a Adrian wszedł do mieszkania, Livia już wiedziała, że ich rozmowa nie będzie łatwa. W oczach męża widać było zmęczenie, ale także coś jeszcze — cień obawy, którego nigdy wcześniej u niego nie widywała.
— Musimy porozmawiać — powiedziała spokojnie, choć serce biło jej jak szalone.
Adrian westchnął ciężko, jakby spodziewał się tego, ale wciąż liczył, że może uniknie konfrontacji.
— O czym? — zapytał niechętnie.
Livia spojrzała na niego tak, jak patrzy się na kogoś bardzo bliskiego, kto nagle stał się obcy.
— O domu w Lindenhof. O pieniądzach. I o tym, dlaczego musiałam się o wszystkim dowiedzieć od obcych ludzi.
Twarz Adriana zdrętwiała. Na moment wyglądał, jakby chciał zaprzeczyć, ale potem opuścił wzrok.
— Nie chciałem cię martwić — zaczął. — Mama i Lea nie mają nikogo poza mną. Ich mieszkanie się wali, potrzebują miejsca do życia. Kiedy pojawiła się możliwość zakupu działki i rozpoczęcia budowy… poczułem, że muszę działać.
— Bez słowa? — Livia nie podniosła głosu, ale jej ton był lodowaty. — Bez rozmowy ze swoją żoną?
Adrian zamknął oczy, jakby każde jej słowo było uderzeniem.
— Wziąłem kredyt. Nie tylko wykorzystałem premię… zadłużyłem się na lata. Nie powiedziałem ci, bo bałem się, że sprzeciwisz się inwestycji. A ja… czułem się odpowiedzialny.
Livia poczuła mieszankę gniewu i bezradności.
— Odpowiedzialny? Adrian, odpowiedzialność to podejmowanie decyzji razem. Nie oszukiwanie.
Zapadła długa cisza. Zbyt długa. Zegar w kuchni tykał głośniej niż zwykle.
Adrian w końcu uniósł głowę.
— Wiem. Spieprzyłem to. Ale dom jest prawie gotowy. I jest na twoje imię też… chcę, żebyś wiedziała. Nie budowałem go przeciwko tobie, tylko dla nich — i trochę z nadzieją, że kiedyś będziesz dumna, że im pomogłem.
Te słowa zaskoczyły Livię.
— Na moje imię? To znaczy…?
Adrian kiwnął głową.
— Chciałem, żebyśmy byli właścicielami razem. My — jako rodzina. Ale bałem się przyznać, ile to wszystko kosztowało.
Livia poczuła, że brakuje jej tchu. Z jednej strony zdrada — z drugiej… gest, którego się nie spodziewała.
— Adrian… ja nie mam nic przeciwko twojej rodzinie. Ale nie mogę być częścią czegoś, o czym nie wiedziałam — powiedziała.
Adrian podszedł do niej powoli.
— Pozwól mi to naprawić. Zabiorę cię tam jutro. Sama zobaczysz dom, porozmawiamy z ekipą. I podejmiemy decyzję — razem. Obiecuję, że od tej chwili niczego przed tobą nie ukryję.
Po raz pierwszy od wielu dni Livia poczuła, że nie tonie. Nie wszystko było wybaczone, ale pojawiła się szczelina nadziei. Mała, ale prawdziwa.
Spojrzała mu w oczy.
— Jutro. Tylko pamiętaj, Adrian — zaufanie odbudowuje się długo. Ale jestem gotowa spróbować.
A on tylko skinął głową, wdzięczny, że nie słyszy najgorszego.
Tak zaczęli nowy rozdział — trudny, pełen pytań, ale wspólny.