Merete nawet nie drgnęła. Przez chwilę cisza między kobietami zgęstniała jak świeży beton, który dopiero zaczyna twardnieć. Potem powoli, wręcz teatralnie, poprawiła okulary na nosie.
— Trzymasz ten dokument jak broń — powiedziała chłodno. — Ale broń bez nabojów nikogo nie odstrasza.
Liisa zmrużyła oczy.
— A jednak potrafi zatrzymać. Ty, Merete, po prostu jesteś przyzwyczajona do tego, że nikt nie ma odwagi ci się sprzeciwić.
— Ludzie się nie sprzeciwiają, droga moja, bo wiedzą, że mam rację — odparła starsza kobieta, krojąc kolejną kromkę bagietki tak spokojnie, jakby ta rozmowa nie dotyczyła niczego ważniejszego niż śniadanie. — Ty jesteś młoda. Wydaje ci się, że papierami i prawnikami da się wszystko kontrolować.
— Nie chcę kontrolować. Chcę zachować swoje życie. Swoje mieszkanie. I swoje poczucie godności — odpowiedziała Liisa stanowczo.
Merete uniosła na nią wzrok, zimny jak lód na jeziorze, ale błyszczący nutką kpiącej satysfakcji.
— Godność… Każdy nazywa ją inaczej. Ja mówię na to przetrwanie. Ty jeszcze nie wiesz, co ono naprawdę znaczy.
Liisa odetchnęła głęboko, ściskając dokumenty.
— Jeśli dla ciebie „przetrwanie” oznacza wchodzenie ludziom do domów bez zaproszenia, grzebanie w ich rzeczach i manipulowanie własnym synem… to faktycznie mamy inne pojęcia.
W tym momencie trzasnęły drzwi sypialni i Arno stanął na progu — z potarganymi włosami i rozmazaną sennością w oczach.
— Co tu się dzieje? Jest sobotni poranek… dlaczego się tak kłócicie?
Merete nie czekała, aż ktokolwiek o coś ją zapyta.
— Arno, kochanie, powiedziałam jej tylko, że… chyba nie radzi sobie jeszcze z obowiązkami żony.
Liisa parsknęła krótkim, ostrym śmiechem.
— Obowiązkami? Masz na myśli pozwalanie wam na sterowanie moim życiem? Na nieproszone wizyty? A może na oddanie mieszkania we śnie?
Arno popatrzył na nią długo, z tą niepewną miną, którą Liisa uważała za najgorszą jego cechę.
— To nie tak. Mama tylko…
— Tylko co? — przerwała mu. — Tylko wkłada ci do głowy swoje pomysły? Tylko przestawia nasze rzeczy? Tylko próbuje przepisać twoje życie według własnego scenariusza? Arno, kiedy zaczynasz żyć po swojemu, a nie dla niej?
Merete powoli podniosła się z krzesła, podpierając się dłonią o blat. Jej sprany zielony szlafrok zakołysał się jak ciężkie, zdezelowane skrzydła.
— Byłam przy nim zawsze. Wiem, co jest najlepsze dla mojej rodziny.
Liisa zrobiła krok naprzód.
— Ale teraz jego rodzina jest tutaj. Ze mną. A jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, stracisz jedynego syna, którego masz. Bo nie pozwolę, żebyś go wciągnęła w swoje mroki.
Arno zamrugał, jakby po raz pierwszy w życiu słyszał te słowa.
— Stracić…? Mamo… Liisa… ja nie chcę was stracić…
— Więc wybierz — powiedziała Liisa spokojnie. — Wybierz spokój z nami… albo burzę z nią.
Merete skrzywiła usta w drwiącym uśmiechu.
— Myślisz, że możesz go do czegoś zmusić?
— Nie zmuszam. Proszę, żeby powiedział prawdę. Tę, której zawsze się bał.
Arno oprarł się o futrynę, jakby nagle zrobiło mu się słabo. Wziął głęboki oddech.
— Mamo… nie możesz dalej tak robić. Ja… nie jestem już twoim chłopcem. Jestem dorosły. I… kocham Liisę. Chcę… przy niej zostać.
W kuchni zapadła absolutna, ciężka cisza.
Twarz Merete stwardniała. Powoli, z godnością królowej w odwrocie, zaciągnęła szlafrok pod szyję i podniosła brodę.
— Dobrze — powiedziała cicho. — Żyjcie więc według swoich zasad.
Ale nie przychodźcie do mnie, gdy zobaczycie, że świat nie jest tak łagodny, jak wam się wydaje.
Odwróciła się, chwyciła torebkę i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że szklanka na zlewie się zachwiała.
Arno został nieruchomo w progu.
Liisa natomiast poczuła, że po raz pierwszy od miesięcy ściany mieszkania oddychają.
Podeszła do niego i dotknęła jego ramienia.
— Arno… możemy to wszystko naprawić. Ale tylko jeśli będziemy drużyną.
Skinął głową. W jego oczach pojawiło się wreszcie coś, czego dawno w nim nie widziała: odwaga.
Liisa wiedziała, że walka jeszcze się nie skończyła. Ale pierwszy raz od dawna — nie była już sama.