Trzymałam telefon w dłoni, wpatrzona w jeden punkt na ścianie, niezdolna przetrawić dwóch ciosów, jakie spadły na mnie tego samego dnia. Z jednej strony wizja jutrzejszej przeprowadzki teściów do naszego maleńkiego mieszkania; z drugiej — wieść o Aarhus, obcym kraju, nowym początku i całym życiu wywróconym do góry nogami.
Miałam wrażenie, że podłoga lekko drży pod moimi stopami.
— Liza? Jesteś tam? — głos Markusa brzmiał niespokojnie.
— Tak… tylko… to za dużo. Za dużo naraz, Markus.
Zawahał się.
— Wiem. Dla mnie też. Ale to szansa, której po prostu nie mogę zignorować.
Podczas gdy opowiadał o szczegółach projektu, w mojej głowie przesuwały się obrazy jak w kalejdoskopie: teść zajmujący nasz salon; Elsa krytykująca każde moje danie, każdy sposób, w jaki ubieram Leo; stosy pudeł, bałagan, chaos… a potem lotniska, walizki, nieznane ulice, nowi ludzie, nowe zasady. I Leo, próbujący zrozumieć, dlaczego jego mały świat nagle się zmienia.
Kiedy Markus milknął, wciągnęłam powietrze głęboko, jakbym wynurzała się po długim zanurzeniu.
— Markus… dziś dzwoniła twoja mama.
Westchnął ciężko, jakby przeczuwał.
— Co tym razem?
— Chcą się do nas wprowadzić. Jutro. Na „miesiąc albo dwa”. Sprzedali dom.
Patrzył na mnie przez chwilę, nieruchomo, po czym opadł na krzesło.
— Boże… serio wszyscy wybrali ten sam dzień?
— Wygląda na to, że wszechświat ma swoje poczucie humoru.
Po raz pierwszy tego dnia oboje się uśmiechnęliśmy — gorzko, ale szczerze.
— Liza… jeśli myślisz o Aarhus tylko jako o ucieczce przed moimi rodzicami… — zaczął ostrożnie.
— Nie. — przerwałam mu. — Ale Aarhus to… możliwość. Prawdziwa zmiana. Może nawet szansa na coś lepszego.
Zamilkliśmy. Z pokoju Leo dało się słyszeć ciche stuknięcie — zabawkowy pociąg uderzył o rant łóżka. Jego życie było takie proste, podczas gdy nasze w ciągu jednego dnia stało się układanką niemożliwą do złożenia.
— Jeśli przyjmę tę propozycję, możemy poprosić moich rodziców, żeby znaleźli sobie tymczasowe mieszkanie — powiedział w końcu Markus. — Albo… możemy wyjechać wcześniej, zanim zdążą się tu rozgościć.
Spojrzałam na niego i poczułam, że po raz pierwszy tego dnia przyszłość nie wygląda jak nieprzebyta ściana. Raczej jak drzwi, które ktoś uchyla powoli, ostrożnie.
— Markus… myślę, że powinniśmy jechać. Do Aarhus. Spróbować. Zacząć od nowa.
Jego oczy rozbłysły, jakby ktoś zapalił w nich światło.
— Czyli… jedziemy razem?
Kiwnęłam głową.
— Razem.
I po raz pierwszy w tym szalonym dniu poczułam, że naprawdę mogę oddychać.