Rankiem 31 grudnia Maren obudziła się znacznie wcześniej, niż planowała. Spała krótko i niespokojnie — całą noc przewracała się z boku na bok, czując ciężar myśli, które nie dawały jej spokoju. Dlaczego Eliza przyjechała tak stanowcza? Na czym miał polegać ten „poważny” temat rozmowy? I dlaczego Maren miała przeczucie, że za chwilę znajdzie się w sytuacji, nad którą nie będzie już miała kontroli?
Około dziewiątej usłyszała dźwięk samochodu zatrzymującego się przed blokiem. Tobias podskoczył z ekscytacji.
— Babcia przyjechała! — zawołał, biegnąc do drzwi.
Maren westchnęła ciężko. Tak, to był główny powód, dla którego nie potrafiła odmówić. Kiedy Eliza i Emma weszły na klatkę, Tobias od razu rzucił im się na szyję. Eliza przytuliła go tak mocno, jakby odzyskała coś nieodwracalnie utraconego.
— Jak ty urosłeś, mój kochany chłopczyku… — wyszeptała drżącym głosem.
Emma uśmiechnęła się nieśmiało i odstawiła na podłogę ogromną torbę podróżną.
— Widzę, że przyjechałyście z poważnym bagażem… — zauważyła Maren uprzejmie, choć wewnątrz czuła niepokój.
— Tylko to, co potrzebne na kilka dni, — odparła Eliza i pewnym krokiem weszła do salonu, jakby była u siebie.
Maren uniosła brwi. Na kilka dni?
O tym wcześniej nie było mowy.
Kiedy się rozgościły, Eliza poprosiła o kawę i usiadła w ulubionym fotelu Maren — nawet nie pytając.
— No dobrze… — zaczęła, przesuwając wzrokiem po pokoju. — Czas porozmawiać.
Maren poczuła, jak ściska jej żołądek.
— W porządku, słucham.
Eliza chrząknęła.
— Wiesz, że teraz jestem całkiem sama. Lia już ze mną nie mieszka, a właściwie… — urwała na chwilę. — Jest zbyt zajęta własnym życiem. Nie mogę już na nią liczyć.
— Przykro mi — odpowiedziała Maren szczerze, choć nie czuła się temu winna.
— I ponieważ nie mogę zostać sama w tamtym wielkim, zimnym mieszkaniu, pomyślałam… — powiedziała Eliza, wbijając w nią wzrok. — …że mogłabym zamieszkać tutaj, z wami.
Maren zbladła.
— Zam… zamieszkać tutaj? — powtórzyła, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
— Tak. To logiczne, prawda? — wtrąciła Emma, starając się brzmieć łagodnie. — Mieszkanie mamy jest dla niej za duże. A wam przydałaby się pomoc. Tobias mnie uwielbia, dobrze się dogadujemy… A mama nie ma nikogo innego.
Maren zastygła. Nie o taką „pomoc” jej chodziło.
Jej życie było poukładane, jej dom pełen ciszy i stabilności — i nie zamierzała tego oddawać.
— Przykro mi, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł, — powiedziała stanowczo.
Eliza zmrużyła oczy.
— Tego się spodziewałam. Dlatego przyjechałam, żeby porozmawiać. Zwłaszcza że… — sięgnęła do torby i wyjęła cienką teczkę. — …musisz coś wiedzieć o mieszkaniu.
Maren serce zabiło mocniej.
— Co z mieszkaniem?
Eliza otworzyła teczkę i podała jej kopię aktu własności.
Nazwisko Maren nie pojawiało się tam nigdzie.
Widniało tam imię Lii.
— Całość przepisałam na Lię, jak wiesz. Ale ona nie chce tam mieszkać, ani mnie przyjąć. Powiedziała, że mam sobie radzić sama… — Eliza mówiła coraz chłodniej. — I pomyślałam, że może ty będziesz rozsądniejsza.
— Co pani chce przez to powiedzieć? — zapytała Maren, choć przeczucie już ścisnęło jej gardło.
Eliza pochyliła się do przodu.
— To znaczy, kochanie, że jeśli pomożesz mi odzyskać moje prawa — albo przynajmniej przekonać Lię, by przyszła po rozum do głowy — to być może… kiedyś… to mieszkanie trafi w odpowiednie ręce.
Maren zrozumiała natychmiast.
To była propozycja. Zawoalowany nacisk. Manipulacja.
Kilka sekund milczały. W końcu Maren wstała.
— Pani Elizo, nie zamierzam wtrącać się w sprawy między panią a Lią. I nie będę mieszać mojego życia w żadne obietnice dotyczące mieszkania, które nie jest moje i którego nie chcę. Ta rozmowa dobiegła końca.
Twarz Elizy zesztywniała. Emma poderwała się z oburzeniem.
— Mama przyjechała tu w dobrej wierze! Jak możesz…?!
— Może i w dobrej wierze, — przerwała Maren spokojnie, — ale z niewłaściwymi intencjami. Mam prawo do swojego życia. Do swojego domu. I do swoich granic.
Tobias stał w progu, zmartwiony.
Eliza spojrzała na niego, potem na Maren. W jej oczach błysnęła złość i bezsilność.
— Dobrze… skoro tak chcesz — powiedziała ostro.
Chwyciły bagaże i po kilku minutach drzwi trzasnęły, a mieszkanie znów wypełniła cisza.
Tobias podszedł do mamy.
— Mamo… babcia… wróci?
Maren uklękła przed nim.
— Tak, kochanie. Ale nie dziś. Dopóki wszystko się nie uspokoi.
Chłopiec objął ją mocno.
Maren przytuliła go, czując po raz pierwszy od wielu godzin prawdziwą ulgę.
W końcu podjęła decyzję zgodną ze sobą — i z tym, co najlepsze dla jej syna.
A nadchodzący rok miał zacząć się spokojnie. Cicho.
I przede wszystkim — z poszanowaniem granic, które wreszcie jasno wyznaczyła.