— …Jak wy w ogóle macie czelność tak się zachowywać?! — dokończyła Anna, czując, że z jej głosu spada cały ten miesiąc gromadzonej frustracji, jak ciężki kamień wreszcie puszczony z rąk.
Na werandzie zapadła cisza, taka gęsta, że aż chciało się od niej odsunąć. Pod przyczepionymi do domu winogronami furknęła pszczoła, ktoś z poduszek przesunął się niespokojnie. Poduszki, które — oczywiście — Anna prała, trzepała i układała.
Sergiej tylko stał za plecami matki i wyglądał, jakby chciał, żeby ziemia się otworzyła i go połknęła.
Podróżne koleżanki Valentiny Pietrowny zaczęły wymieniać spojrzenia. Jedna chrząknęła, druga zaczęła udawać, że ogląda widok na ogród. Nikt już nie uważał tej wizyty za fajną przygodę.
Valentina w końcu znalazła głos:
— Ja… my… — zacięła się, jakby nie mogła uwierzyć, że ktoś ośmielił się jej przerwać. — Ja przecież chciałam dobrze! Chciałam wam pomóc! Chciałam, żebyś była częścią rodziny!
Anna prychnęła.
— Pomóc? A niby jak? Mówiąc mi, co mam robić w MOIM domu? Przylatując tu z całą wycieczką jak na sanatorium? Zabierając mi każdy weekend, każdą chwilę, jaką mogę mieć sama dla siebie?
— Nie podnoś na mnie głosu! — wrzasnęła starsza kobieta, ale w jej oczach po raz pierwszy pojawiło się coś niepewnego. — Z synem rozmawiam jak chcę!
— To ze swoim synem sobie rozmawiaj — odcięła się Anna. — Ale ja mam prawo do odpoczynku. I do granic. I do szacunku. I już nie będę udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.
Zapanowała kolejna cisza. Poduszki, winogrona, pszczoła — wszystko wydawało się nagle wyjątkowo wyraźne.
Sergiej zrobił krok.
— Aniu… może spokojniej? — spróbował.
Nie spojrzała na niego.
— Spokojniej? — zapytała cicho. — To ja przez pół roku milczałam, choć powinnam była powiedzieć to dawno temu. I teraz już nie będę spokojniejsza.
Valentina zacisnęła usta.
— To znaczy, że mnie wyrzucasz? Po tym wszystkim?
— Nie wyrzucam — westchnęła Anna. — Mówię tylko, że NIE TUTAJ i NIE W TEN SPOSÓB. Chce pani przyjechać? Proszę bardzo, ale po wcześniejszym telefonie. Bez zaproszonych podopiecznych. I bez wymagań, żebym biegała jak kelnerka. To jest mój dom, a nie darmowa stołówka.
Jedna z koleżanek Valentiny podniosła rękę, jakby w szkole:
— Może… my pójdziemy do sklepu? — zaproponowała z wymuszonym uśmiechem.
— Doskonały pomysł — Anna skinęła głową, zakładając torbę na ramię. — Sklep w lewo, sto metrów. Mają pyszne pączki. Polecam.
Przeszła obok teściowej, niemal jej nie dotykając, choć poczuła, jak wzburzone powietrze drga między nimi.
Już miała zejść z werandy, gdy usłyszała ciche:
— Aniu… — to Valentina.
Anna zatrzymała się, ale nie odwróciła.
— Ja… ja nie wiedziałam, że to cię tak… męczy — powiedziała starsza kobieta.
Głos miała inny. Nie ten rozkazujący, pewny siebie ton, którym dotąd zarządzała całą sceną. Teraz brzmiał, jakby ktoś zdjął z niego zbroję — i został zwykły człowiek, zmęczony i zdziwiony, że świat nie jest taki, jak myślał.
Anna powoli odwróciła głowę.
— Nie wiedziała pani, bo pani nie zapytała — odpowiedziała łagodniej. — I bo ja za długo milczałam.
Valentina spuściła wzrok, gniotąc rękaw bluzki.
— Ja… ja zawsze tak byłam. U mnie w domu… wszyscy tak przychodzili. Bez proszenia. Dom był zawsze pełen ludzi. Dla mnie to… normalne. Myślałam, że to dobrze, że wesoło… — podniosła na nią oczy, zmieszane i trochę bezradne. — Może… trzeba było inaczej.
Anna poczuła, jak gniew powoli opada. Nie dlatego, że teściowa miała rację — ale dlatego, że wreszcie przestała udawać, że nic się nie dzieje.
— Może i trzeba — zgodziła się cicho. — Ale jeszcze nie jest za późno.
Valentina otarła oko z irytacją, jakby chciała zganić samo oko za tę słabość.
— To… to jak teraz? — zapytała, rozkładając ręce. — Co mam zrobić?
— Zacząć od wycieczki do sklepu — odparła Anna, gdy w jej głosie mignął cień uśmiechu. — A potem… możemy spróbować jeszcze raz. Ale na innych zasadach.
— Na twoich? — spytała starsza kobieta nieco zaczepnie.
— Na WSPÓLNYCH — poprawiła Anna.
Valentina milczała chwilę, po czym skinęła powoli głową, jakby pierwszy raz od dawna ktoś dał jej zadanie, a ona naprawdę chciała je wykonać poprawnie.
— Dobrze — powiedziała cicho. — Spróbuję.
Koleżanki odetchnęły z ulgą, jakby ktoś ogłosił koniec burzy.
Anna ruszyła ścieżką w stronę rzeki. Słońce odbijało się od wody, powietrze pachniało nagrzaną trawą i lipą. Po raz pierwszy od miesięcy czuła, że to naprawdę jej miejsce — jej przestrzeń, jej decyzja, jej życie.
Gdy zanurzyła stopy w wodzie, usłyszała za plecami kroki. Odwróciła się. To był Sergiej.
Stał z rękami w kieszeniach, patrzył na nią niepewnie, jakby bał się jej reakcji.
— Aniu… przepraszam — powiedział. — Masz rację. Ja też za długo milczałem.
Spojrzała na niego i westchnęła. Nie była jeszcze gotowa na długie rozmowy. Jeszcze nie teraz.
— To chodź — wskazała rzekę. — Woda fajna. A później… pogadamy. Już bez publiczności.
Uśmiechnął się niepewnie, ale wszedł.
A kiedy zanurzyli się po kolana, z werandy dobiegło:
— Dziewczyny! Te pączki naprawdę są pyszne! — zachwycony głos jednej z podopiecznych.
Anna przewróciła oczami, ale z uśmiechem — takim zupełnie prawdziwym.
Bo wiedziała, że dzisiaj pierwszy raz wszystko poszło tak, jak powinno.
A granice, raz jasno postawione, mają tendencję trzymać się mocno.