Karetka oddalała się coraz bardziej od hotelu, a odgłos tłumu pozostawionego za nami cichł aż do całkowitej ciszy. Leżałam na noszach z dłońmi zaciśniętymi na metalowych brzegach, próbując uspokoić oddech. Margaret ściskała moje palce z nienaturalną siłą, niemal boleśnie, lecz nie protestowałam. Czułam, że coś ją przeraża — coś znacznie poważniejszego niż jakiekolwiek zdenerwowanie przedślubne. Co chwilę na mnie zerkała, jakby bała się, że w każdej sekundzie może wydarzyć się coś nieodwracalnego.
— Mamo… co się dzieje? — szepnęłam drżącym głosem.
Margaret wciągnęła głęboko powietrze, zamknęła oczy na sekundę, a gdy je otworzyła, zobaczyłam w nich rozpacz, winę i panikę.
— Clara… posłuchaj mnie uważnie. Nie możesz tam wrócić. Nie możesz wrócić do Harry’ego. Ani do jego rodziny. Ja… dowiedziałam się czegoś. Czegoś, co powinnam ci była powiedzieć, ale nie umiałam znaleźć słów.
Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.
— O czym mówisz? — zapytałam, czując jak gardło zaczyna mi się zaciskać.
Margaret zerknęła na ratowników, którzy krążyli po karetce. Wyglądało na to, że unikała konkretnych słów właśnie ze względu na ich obecność. Karetka zatrzymała się gwałtownie. Przez okno dostrzegłam niewielki budynek — skromne centrum medyczne. Nie klinika rodziny Harry’ego. Dokładnie tam chciała trafić mama.
Przeniesiono mnie do małego pokoju, a Margaret weszła tuż za mną i natychmiast zamknęła drzwi. Wreszcie zaczęła mówić.
— Clara… rodzina Harry’ego nie jest taka, jak myślisz. On też nie.
— Co to znaczy? — zapytałam, choć głos brzmiał jakby nie należał do mnie.
— Oni nie chcą… żony. Chcą ciała. Dawcy. Dla Evelyn.
Zamarłam. Świat wokół mnie odsunął się jakby o kilka metrów.
— Mamo, to brzmi jak szaleństwo…
— Wiem. Wiem, jak to brzmi! — odpowiedziała z desperacją. — Ale posłuchaj! Tydzień przed ślubem dostałam telefon. Mężczyzna powiedział, że pracuje dla ich kliniki. Powiedział, że Evelyn umiera. Że potrzebuje rzadkiego przeszczepu, który pasuje genetycznie tylko do ciebie. I że… że rodzina się nie zawaha.
Zrobiło mi się słabo.
— Sprawdziłaś to? — zapytałam szeptem.
— Tak. Podał szczegóły, które mógł znać tylko ktoś z ich otoczenia. A potem… powiedział, że już raz to zrobili. Że mieli przed tobą jeszcze jedną “narzeczoną”.
Usiadłam ciężko na łóżku, czując jak świat usuwa mi się spod nóg.
— Czemu w to uwierzyłaś?
Margaret zaczęła płakać cicho.
— Bo tego samego dnia, kiedy chciałam go odszukać… ten mężczyzna zniknął. Numer nie istniał. W skrzynce na listy znalazłam za to teczkę z twoimi wynikami badań. Ktoś sprawdzał twoją zgodność tkankową… bez twojej zgody.
Serce przyspieszyło mi tak bardzo, że czułam je w uszach.
— Może to przypadek…
— Nie. Ostatnia kartka w teczce to była… — jej głos się załamał — …rezerwacja sali operacyjnej. Na dzień twojego ślubu. W ich klinice.
Nogi się pode mną ugięły.
Drzwi nagle otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Do pokoju wszedł lekarz. Zbyt spokojny. Zbyt uprzejmy. Nie wyglądał jak ratownicy medyczni, którzy nas przywieźli. Miał fartuch, ale brakowało plakietki z nazwiskiem.
— Panno Clara — powiedział równym tonem — musimy przenieść panią do innej sali na rutynowe badania.
Margaret wbiła paznokcie w moją dłoń.
— Nigdzie nie idziemy — powiedziała ostro.
Lekarz uśmiechnął się, groteskowo uprzejmy.
— Proszę nie utrudniać. Rodzina panny już poprosiła o przekazanie jej w ich opiekę.
Poczułam, jak ucieka ze mnie powietrze.
— Jaka rodzina? — zapytałam mechanicznie.
— Rodzina narzeczonego, oczywiście.
Margaret stanęła przede mną jak tarcza.
— Jeśli ją dotkniesz… krzyknę! — powiedziała, a w jej głosie było coś pierwotnego.
Zza lekarza usłyszeliśmy kroki. Ciężkie, pewne siebie. Margaret cofnęła się, chcąc mnie zasłonić. Drzwi otworzyły się szeroko.
Oddychał spokojnie, jakby cała sytuacja była tylko drobną przeszkodą. Wygładził mankiet, podniósł wzrok i uśmiechnął się.
— Clara… kochanie. To nieporozumienie. Chodź ze mną. Wszystko ci wyjaśnię.
Cofnęłam się o krok.
— Okłamywałeś mnie. Cały czas.
Harry westchnął teatralnie.
— Mogłaś mieć wszystko. Luksus. Ochronę. Status. A może… — wzruszył ramionami — może nawet byś nie umarła.
Margaret krzyknęła:
— Wynoś się! Wynoś się stąd natychmiast!
Harry ją ignorował. Patrzył tylko na mnie. Jak kolekcjoner obserwujący cenny przedmiot, który próbuje mu uciec.
— Clara… nie poproszę drugi raz.
W tej samej chwili Margaret chwyciła metalową ramę łóżka i przewróciła ją, zagradzając przejście. Lekarz cofnął się, tracąc równowagę. Harry się nie ruszył.
— Biegnij, Clara! — krzyknęła.
Nie myślałam. Instynkt przejął kontrolę. Otworzyłam małe okno i wybiegłam na wąski korytarz, boso, z ciężką suknią plączącą się za mną. Margaret biegła tuż za mną. Kroki Harry’ego odbijały się od ścian jak echo pościgu.
— CLARA! — wrzasnął, to był już ryk, nie wołanie.
Pobiegłyśmy po schodach, mijając zdezorientowanych pracowników. Margaret pociągnęła mnie w stronę tylnego wyjścia.
— Samochód! — powtarzała drżącym głosem. — Jeśli dojdziemy do samochodu, uciekniemy!
Ale gdy otworzyłyśmy drzwi, zobaczyłam ją.
Opierała się o czarny samochód, blada, z cienkimi rurkami ukrytymi pod apaszką. Patrzyła na mnie z nienawiścią i rozpaczą.
— Clara… nie rozumiesz… ja muszę żyć — wyszeptała.
Margaret zrobiła krok w przód, cała napięta.
— To moje dziecko. Nie oddam go. Ani kawałka.
Evelyn uniosła drżącą dłoń.
— W takim razie… Harry weźmie to, co potrzebne, sam.
Z lewej strony usłyszałam jego kroki. Tym razem nie biegł. Szeden. Powoli. Pewnie. Jak drapieżnik.
Rozglądałam się gorączkowo. Margaret dostała się do kluczy, ręce jej drżały.
I wtedy zrobiłam coś, czego sama bym po sobie nie oczekiwała.
Zaczęłam biec. Nie w stronę samochodu. Nie do budynku.
Prosto na ulicę. W ruch, w chaos, w miejsce, którego Harry nie kontrolował.
Margaret dogoniła mnie i chwyciła za rękę, łzy spływały jej po twarzy.
— Clara, uciekniemy. Obiecałam, że cię ochronię. I dotrzymam słowa.
Za nami rozległ się wrzask Harry’ego:
— CLARA! TO NIE KONIEC!
Wiedziałam, że mówi prawdę. To jeszcze nie koniec.
Ale po raz pierwszy… zaczynałam walczyć.
I nie zamierzałam przegrać