Leia zbiegła po schodach, nie oglądając się za siebie. Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło ją w twarz, ale to uderzenie było jak wybawienie — jakby jeden podmuch mógł zetrzeć ciężar tego, co wydarzyło się tam na górze, w mieszkaniu Livii. Tam, gdzie każde słowo wbijało się w to samo bolące miejsce.
Minęło zaledwie kilka sekund, gdy drzwi windy gwałtownie się otworzyły, a Maren wybiegł za nią.
— Leia, proszę, zaczekaj! — jego głos brzmiał jednocześnie rozpaczliwie i bezradnie.
Nie zatrzymała się od razu. Zrobiła jeszcze trzy kroki, potem odwróciła się i spojrzała na niego z bolesnym spokojem.
— Na co mam czekać? Na kolejne „mama tylko żartowała”? Na to, że znowu powiesz, że to ja jestem przewrażliwiona? — zapytała cicho, lecz w jej głosie była ostra jak szkło pewność.
Maren wsunął ręce do kieszeni — gest obronny, niemal dziecięcy. Nie pasował do niego.
— Nie chcę, żebyś wychodziła w takim stanie. Ona nie chciała cię zranić…
Leia prychnęła krótkim, gorzkim śmiechem.
— Ona rani samą obecnością. Nie musi „chcieć”.
Oparła się o zimną balustradę i spojrzała w dół, na światła miasta, które migotały jakby same nie wiedziały, dokąd należą. Maren stanął obok niej, zachowując jednak dystans dwóch kroków — jakby bał się przekroczyć niewidzialną granicę.
— Wiesz… — zaczął cicho — mama zawsze taka była. Dla mnie, dla taty, dla każdego. Ja się do tego przyzwyczaiłem.
— Przyzwyczajenie nie jest usprawiedliwieniem, Maren. Jeśli ktoś bije cię przez całe życie, to nie znaczy, że mniej boli. Tylko uczysz się cierpieć po cichu.
Umilkł. Po raz pierwszy tego wieczoru wyglądał, jakby naprawdę próbował coś zrozumieć — nie tylko „przetrwać sytuację”.
— Nie chcę cię stracić, Leia, — szepnął w końcu.
Słowa były szczere, ale Leia poczuła w nich tylko strach przed stratą — nie gotowość, by coś zmienić. A to różnica nie do pomylenia.
— Nie stracisz mnie tylko dlatego, że stąd odchodzę. Ale… — Leia objęła się ramionami — tracisz mnie po kawałku, za każdym razem, gdy nie stajesz po mojej stronie.
Maren otworzył usta, lecz nic nie powiedział. Po raz pierwszy nie miał przygotowanej wymówki, łagodzącej półprawdy ani banalnej próby usprawiedliwienia.
— Chodźmy do domu, — powiedział po chwili i sięgnął po jej dłoń.
Leia cofnęła rękę, nie ostro, lecz smutno — jak ktoś, kto w końcu wypuścił z rąk coś, co długo trzymał.
— Do domu? Nie wiem, Maren… czy w ogóle mamy na myśli to samo „dom”.
Na jego twarzy pojawił się cień bólu — duma, strach, zagubienie. Wszystko naraz.
— Chcesz się rozstać? — zapytał w końcu.
Słowo „rozstać” zawisło między nimi jak złamany dzwon.
— Nie chcę. Ale nie mogę chodzić w miejsca, gdzie traktuje się mnie jak intruza. I nie mogę być z kimś, kto wzrusza ramionami, kiedy mnie ranią.
Maren przetarł twarz dłonią — gest zmęczenia, poddania się, bezradności.
— Co mam zrobić? Nakrzyczeć na mamę? Wyrzucić ją? To nie jest takie proste, Leia…
— Jest, — przerwała mu spokojnie. — Albo stajesz za swoją partnerką. Albo nie.
Cisza zgęstniała między nimi jak mgła. Z daleka dobiegł dźwięk klaksonu, jakby świat przypominał im, że istnieje coś poza tą chwilą — ale tutaj, u podnóża klatki schodowej, czas stanął.
Leia podniosła torbę.
— Pójdę dziś spać do Iris. Potrzebuję przestrzeni. A ty… ty potrzebujesz pomyśleć.
Maren ruszył za nią, lecz ostatecznie nie zrobił żadnego gestu, nie zatrzymał jej, nie zawołał. Stał tylko i patrzył, jak Leia oddala się równym, spokojnym krokiem — nie jak ktoś, kto ucieka, lecz jak ktoś, kto wreszcie wychodzi z cienia.
Na czwartym piętrze Livia odsunęła lekko firankę i spojrzała w dół. Na jej twarzy pojawiło się coś niejednoznacznego: odcień satysfakcji, odcień lęku… a może — po raz pierwszy — odcień wątpliwości.