Anna nadal stała przy otwartym oknie. Nie poruszyła się nawet o centymetr. Ręce miała skrzyżowane na piersi, a światło z kuchni odcinało jej sylwetkę od ciemniejącego nieba. Lukas czuł, jakby powietrze zgęstniało — każdy krok, każdy oddech stawał się wysiłkiem.
Zgasił papierosa i ruszył w stronę wejścia, ale w połowie drogi zatrzymał się. Sam nie wiedział, czego bardziej się boi: reakcji Anny czy prawdy, którą właśnie wypowiedział swojej matce. Może obu naraz.
W końcu zebrał się w sobie i wszedł na klatkę schodową. Schody trzeszczały pod jego stopami jakby ostrzegały go przed tym, co go czeka. Wiedział, że po tym wieczorze nic nie będzie już takie samo.
Kiedy wszedł do kuchni, Anna wciąż stała przy oknie. Nie spojrzała na niego.
— Już… — wydukał. — Już skończyłem rozmawiać…
— Cisza. — Jej głos był spokojny. Zbyt spokojny.
Lukas przełknął ślinę.
— Więc, — zaczęła Anna, nadal wpatrując się w ulicę, — ten „tajemniczy” kredyt, o którym rzekomo nic nie wiesz… wziął go twoja matka. Na twoje nazwisko. Prawda?
— Tak… ale ja… nie chciałem… ona poprosiła, powiedziała, że—
— I oczywiście się zgodziłeś, — przerwała mu ostro. — Jak zwykle. Bo ona mówi, a ty wykonujesz.
Lukas zgarbił się, jakby próbował zmniejszyć swoją obecność. Jego własne argumenty wydawały się żałośnie słabe.
Anna odwróciła się w końcu, a jej spojrzenie było lodowate, choć przejrzyste.
— Powiedz mi jedną rzecz, Lukas. Zamierzasz spłacić ten kredyt? Cały? A jeśli ona zaciągnie kolejny… też będziesz płacił? I następny?
— Ja… nie wiem…
— Wiedziałam, — powiedziała, podchodząc wolnym krokiem. — Nie zdajesz sobie sprawy, jak głęboko ona tobą manipuluje. Prosi o pieniądze, zabiera twoje oszczędności, pcha cię w długi… a ty jeszcze ją usprawiedliwiasz.
— To moja mama… — wyszeptał.
Anna parsknęła krótkim, gorzkim śmiechem.
— Właśnie. I wykorzystuje cię jak bankomat. A ja… dowiaduję się o wszystkim jako ostatnia. I to jeszcze nie od ciebie, tylko z banku. Bank dzwoni do mnie, Lukas. Do mnie. Nie do niej, nie do ciebie.
Stanęła tuż przed nim. Ledwie dwa kroki ich dzieliły.
— Lukas, ja nie będę biernie patrzeć, jak twoje życie się sypie. Jeśli ty nie chcesz widzieć problemu, to ja go widzę. A to, co dzisiaj usłyszałam… jest o wiele poważniejsze niż jeden głupi kredyt.
Lukas uniósł wzrok. W jego oczach nie było łez — tylko wstyd, ciężki i gorący.
— Anna… obiecuję, że to naprawię. Naprawdę naprawię.
— Jak? — zapytała. — Zadzwonisz do mamy i grzecznie poprosisz, żeby oddała kartę? Powiesz jej, żeby więcej nie brała kredytów na twoje nazwisko? Lukas, ona już cię zadłużyła. Bez mrugnięcia okiem. I wiesz dobrze, że to nie koniec.
W kuchni zapadła cisza tak gęsta, że niemal można ją było dotknąć. Lukas chciał zaprotestować, powiedzieć, że Anna przesadza… ale gdzieś w środku wiedział, że ma rację.
Anna odetchnęła głęboko.
— Jutro rano idziemy razem do banku. Zablokujemy kartę, zamkniemy wszystkie dostępne linie kredytowe i porozmawiamy z doradcą. A twoja matka… będzie musiała radzić sobie sama. Bez twoich pieniędzy.
— Ale… ona się obrazi…
Anna zaśmiała się krótko, ostro, bez cienia wesołości.
— Och, tak. Wiem, że to najbardziej cię przeraża. Że twoja mama się na ciebie obrazi. Lukas… ona cię wykorzystuje. A osoba, która kocha — nie niszczy czyjegoś życia, żeby ratować swoje.
Lukas przetarł twarz drżącą dłonią.
— Może… masz rację…
— Nie „może”, — powiedziała spokojnie. — Mam rację.
Potem złagodniała.
— Kocham cię, Lukas. Ale nie mogę być w związku, w którym zawsze jestem na drugim miejscu. Jeśli chcesz, żebyśmy byli razem, musisz postawić granice. Musisz zacząć walczyć o siebie.
Jego głos ledwie był szeptem:
— Nie chcę cię stracić…
Anna patrzyła mu prosto w oczy.
— To jutro idziemy do banku. A gdy wszystko załatwimy… porozmawiamy o twojej mamie. I o twoich granicach. I o tym, jaką przyszłość chcesz mieć.
Lukas skinął głową. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuł, że oddycha. Powietrze wciąż było ciężkie, ale prawdziwe.
Anna ujęła jego dłoń.
— Nie jesteś sam, Lukas. Ale musisz chcieć zawalczyć o siebie.
On ścisnął jej palce. I w tym uścisku było coś, czego dawno w sobie nie czuł: determinacja.
Coś zaczęło się w nim zmieniać. I może po raz pierwszy… na lepsze.