Pola skinęła głową, a Vera wzięła ją za rękę. Serce waliło jej jak młot. W głowie krążyło jedno pytanie: co się stało u Vali?
Kiedy dotarły pod blok, Vera poczuła, że dłoń córki znowu lekko się napina.
– Nie bój się, maleńka – szepnęła. – Jestem z tobą.
Weszły na dziewiąte piętro. Vera nacisnęła dzwonek. Drzwi otworzyły się niemal od razu – Valia stała w progu, wciąż w tym samym szlafroku, z telefonem w ręku. Zobaczywszy Polę, aż otworzyła usta ze zdziwienia.
– Boże święty! Gdzie wy byłyście?! Ja już policję miałam dzwonić! – wykrzyknęła. – Pola wyszła, ja myślałam, że poszła z sąsiadką!
– Jak to wyszła? – Vera nie mogła uwierzyć. – Zostawiłaś ją samą?!
– Nie samą! – Valia natychmiast zaczęła się tłumaczyć. – Ja tylko na chwilę poszłam do sklepu po mleko. Myślałam, że śpi w pokoju! A jak wróciłam, już jej nie było!
Vera zamknęła oczy, żeby nie krzyknąć. Poczuła, jak coś gorącego podchodzi jej do gardła.
– Wiedziałaś, że to dziecko z domu dziecka. Że ona się boi zostać sama!
Valia zbladła.
– Nie chciałam źle… Naprawdę, Vera.
Pola stała obok, milcząca. Wera kucnęła przed nią i powiedziała miękko:
– Powiedz mi, córeczko… czemu wyszłaś z domu?
Dziewczynka spojrzała niepewnie to na matkę, to na ciotkę.
– Bo ona powiedziała, że mama mnie zostawiła… że tylko udajesz. Że jak znajdziesz nową pracę, oddasz mnie z powrotem.
Vera spojrzała na Valę. Tamta spuściła głowę.
– To… to był żart… – wymamrotała. – Pola oglądała bajkę, ja coś tam palnęłam, że jak nie będzie grzeczna, mama odda ją z powrotem…
– Żart? – głos Very był ledwie słyszalny. – Ty myślisz, że takie rzeczy to żarty?
Pola zaczęła płakać cicho. Vera przyciągnęła ją do siebie i przytuliła mocno.
– Posłuchaj mnie, Polciu. Nikt cię nigdzie nie odda. Nigdy. Jesteś moją córką. Rozumiesz?
– Ale… ale ona powiedziała, że nie jestem twoja…
– Jesteś. Na zawsze.
Długo siedziały razem na kanapie w mieszkaniu Vali. Wera głaskała córkę po włosach, a Valia, cała zapłakana, przepraszała raz po raz. W końcu Vera tylko westchnęła:
– Nie gniewam się, ale już nigdy jej nie zostawię pod twoją opieką.
Valia kiwnęła głową, zrozumiała.
Wieczorem w domu Dima słuchał w milczeniu, jak Vera wszystko opowiada. Potem wstał, podszedł do córki i wziął ją na kolana.
– Polciu, my z mamą bardzo cię kochamy. Wiesz, co to znaczy? Że jesteś naszą rodziną. Nawet gdyby cały świat mówił inaczej – to nieprawda.
Dziewczynka oparła głowę na jego ramieniu.
– A już nigdy nie pójdę sama na przystanek?
– Nigdy, skarbie – odpowiedziała Vera. – Zawsze będziemy obok.
Tego wieczoru położyli się razem w jednym łóżku. Pola zasnęła z ręką na ramieniu Very. A ona długo jeszcze patrzyła w sufit i myślała, jak blisko była dziś utraty tego, co najcenniejsze.
Rano, kiedy w kuchni pachniała kawa, Pola przyszła w piżamie i usiadła przy stole.
– Mamusiu… a ja już nie będę się bała. Bo wiem, że ty mnie kochasz.
Vera odłożyła kubek i uśmiechnęła się przez łzy.
– I ja wiem, że ty mnie kochasz.
Pocałowała ją w czoło, a potem spojrzała na wiszący na ścianie rysunek — trzy postacie trzymające się za ręce pod wielkim słońcem. Wczoraj, patrząc na niego, czuła tylko ból. Dziś – wdzięczność.
Tydzień później Vera zaczęła nową pracę. Po pierwszym dniu wróciła do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Pola wybiegła jej naprzeciw w drzwiach.
– Jak było, mamusiu?
– Świetnie! A jak w przedszkolu?
– Też świetnie! I pani powiedziała, że narysowałam najładniejsze drzewo!
Vera roześmiała się, podniosła córkę na ręce i zakręciła z nią po pokoju.
– To świętujemy! Zamawiamy pizzę z pomidorami i serem!
Pola klasnęła w dłonie.
– Taką jak wtedy, co mówiłaś, że morze będzie!
– Właśnie taką. A może w przyszłym roku naprawdę pojedziemy nad morze?
– Z tobą i z tatą?
– Z kimże innym!
Pola wtuliła się w nią i wyszeptała:
– Mamo… ja już nigdy nie chcę, żebyś znikała.
Vera przytuliła ją mocniej.
– Nie zniknę, kochanie. Teraz wszystko będzie dobrze.
I po raz pierwszy od dawna była pewna, że to prawda.