Thomas patrzył na Clarę długo, jakby próbował zrozumieć, czy mówi poważnie.
— Clara, nie rozumiesz… — zaczął.
— Nie, Thomas. To ty nie rozumiesz. Od miesięcy żyję dla innych — dla ciebie, twojej matki, rodziny. A gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Zaskoczył go jej ton — pewny, bez drżenia.
— Przesadzasz. To tylko kawa, ciasto, rozmowy w weekend…
— Dla ciebie nie. Dla mnie to mały koniec w każdą sobotę. Budzę się i wiem: sprzątanie, gotowanie, uśmiechy na pokaz. A ty? Opowiadasz anegdoty jakby wszystko było idealnie.
Zmarszczył brwi.
— Po prostu nie lubisz mojej rodziny?
Clara zaśmiała się — pusto, bez radości.
— Nie o to chodzi. Chodzi o to, że nikt nie myśli o mnie. Że może też chciałabym wypić ciepłą kawę, nie zimną, podgrzewaną po godzinie.
— Więc co mam zrobić? Powiedzieć, żeby nie przychodzili?
— Nie. Chcę tylko, żebyś zrozumiał. Żebyś poczuł, jak to jest być niewidzialnym we własnym domu.
Zapadła cisza. Clara wytarła dłonie w ręcznik i wyszła z kuchni.
W salonie śmiechy trwały. Marie, jego matka, spojrzała na nią z wymuszonym uśmiechem.
— Już skończyłaś, kochanie? Podasz talerze?
Clara wzięła głęboki oddech.
— Leżą na stole. Muszę na chwilę wyjść.
— Teraz?! Przecież mamy gości!
— Może ty się nimi zajmiesz, Marie.
W pokoju zapanowała cisza. Thomas wstał.
— Clara! Co ty wyprawiasz?!
— Nic. Po prostu… skończyłam.
Założyła płaszcz, chwyciła torebkę i wyszła. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Szła bez celu, aż dotarła do parku. Usiadła na ławce.
„Kiedy przestałam być sobą?” — pomyślała.
Telefon zawibrował. Thomas. Marie. Znowu Thomas. Spojrzała na ekran. SMS:
„Gdzie jesteś? Ludzie o ciebie pytają.”
Gorzki uśmiech. „Pytają… ale nigdy nie słuchają.”
Wyłączyła telefon. Po dwóch godzinach wróciła — bardziej z zimna niż z potrzeby. W mieszkaniu było cicho. Na stole leżały talerze i resztki tortu. W kuchni siedział Thomas.
— Wyszłaś. Przed wszystkimi.
— Musiałam.
— Ośmieszyłaś mnie.
— Nie. Sam się ośmieszyłeś, zapominając, kim jestem.
Spojrzał na nią z mieszaniną wstydu i złości.
— Nie zapomniałem… tylko…
— Tylko co? Że łatwiej było udawać, że wszystko gra? Że jestem dodatkiem do twojego życia?
Usiadła i spojrzała przez okno.
— Wiesz, czego chciałam dziś najbardziej? Żeby ktoś powiedział: „Clara, usiądź, teraz ja.”
Thomas podszedł i położył jej dłoń na ramieniu.
— Nie wiedziałem, że tak się czujesz.
— Bo nigdy nie zapytałeś.
— Może powinniśmy coś zmienić.
Clara spojrzała nieufnie.
— „Zmienić” to dobre słowo dla mebli. Ja potrzebuję ciebie.
— Dobrze. Zaczniemy od nowa. Tylko my, bez gości. Obiecuję.
Clara milczała chwilę, po czym skinęła głową.
— Tylko nie mów im, żeby „nie przychodzili”. Powiedz, że chcesz być ze mną. To robi różnicę.
— Clara… przepraszam.
Po raz pierwszy od dawna zobaczyła w jego oczach szczerość.
Następnego poranka słońce leniwie wdzierało się przez firanki. Clara obudziła się później niż zwykle. W kuchni pachniało kawą.
Thomas, rozczochrany, nalewał ją do filiżanek.
— Moja pierwsza kawa. Nie ręczę za smak.
Clara uśmiechnęła się lekko.
— Nie smak się liczy. Ważne, że spróbowałeś.
Usiedli razem przy stole. Cisza była inna — ciepła. Za oknem budziło się miasto, a Clara czuła, że ona też się budzi.
Spojrzała na niego.
— Może jeszcze nie wszystko stracone.
Thomas postawił przed nią filiżankę.
— W naszym domu. Bez gości.
Clara uśmiechnęła się. Nie była to jeszcze pełna ulga, ale była tam nadzieja.
Po raz pierwszy od dawna — kawa była ciepła.