Lina wzięła głęboki oddech.

Lina wzięła głęboki oddech. Serce waliło jej jak szalone. Przed nią starszy mężczyzna, wciąż kurczowo trzymający swoją torbę, wyglądał na zszokowanego i przerażonego. Jeden z napastników – brodaty, zaciśnięty w sobie – zrobił krok w jej stronę.

— Z drogi, laleczko. To nie twój interes — warknął.
— Lepiej się nie mieszaj, bo pożałujesz — dorzucił drugi, z szyderczym uśmiechem.

Ale Lina nie ustąpiła. Spojrzała im prosto w oczy, stając twardo, mimo drżących nóg.

— Powiedziałam: zostawcie go. Już!

W tej chwili coś się zmieniło. Cisza w alei stała się ciężka jak ołów. Napastnicy zawahali się, zaskoczeni, że ta drobna dziewczyna nie tylko się odezwała, ale i postawiła im opór.

I wtedy zza zakrętu rozległy się kroki. Grupa nastolatków wracała z prób teatralnych z pobliskiej szkoły. Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny, ubrani w kurtki i z plecakami, przystanęli zaintrygowani sceną.

— Ej, co tu się dzieje? — zapytał jeden z chłopaków.
— Zostawcie go w spokoju, słyszeliście? — krzyknęła jedna z dziewczyn, wyciągając telefon i zaczynając nagrywać.

Napastnicy zaczęli się rozglądać. Byli zbyt rozpoznawalni, zbyt blisko centrum. Jeden z nich przeklął pod nosem i odszedł pierwszy.

— Cholera, nie warto — mruknął. — Spadamy.

Pozostali dwóch jeszcze przez moment próbowali coś burknąć, ale widząc coraz większe zainteresowanie przechodniów i rosnącą grupę młodych świadków, poszli za nim. W mgnieniu oka zniknęli między drzewami.

Lina odetchnęła i podbiegła do staruszka.

— Nic panu nie jest? — zapytała, pomagając mu wstać.

— Wszystko w porządku… dzięki tobie — odparł z trudem. — Myślałem, że… już po mnie.

— Nic się nie stało. Już jest pan bezpieczny.

Jeden z nastolatków, wysoki blondyn o imieniu Elias, podszedł i podał mężczyźnie jego laskę.

— Mam na imię Elias, to są Sofia, Leo i Nora. Widocznie trafiliśmy w samą porę.

— Bardzo wam dziękuję, — powiedziała Lina. — Nie wiem, czy dałabym sobie radę sama.

— Nie każdy by się odważył. Ty się odważyłaś — uśmiechnęła się Sofia.

Starszy mężczyzna wyprostował się lekko.

— Jestem August. August Klein. Jeśli mogę zapytać… jak masz na imię?

— Lina. Po prostu Lina.

— Zapamiętam to imię do końca życia, Lino. Gdyby nie ty…

— Proszę nie dziękować. Każdy powinien zareagować w takiej sytuacji.

Elias rozejrzał się.

— Chce pan, żebyśmy pana odprowadzili? Nie wygląda pan najlepiej.

— Mieszkam dwie ulice stąd… Jeśli to nie kłopot.

— Żaden. Chodźmy razem — powiedziała Lina, patrząc na zegarek. Wiedziała, że jest spóźniona, ale nie żałowała niczego.

Cała grupa ruszyła powoli przez opadające liście i przygaszone latarnie. August opowiadał o tym, jak przez czterdzieści lat był nauczycielem literatury. O zmarłej żonie. O tym, jak ciężko znosi samotność. Lina słuchała w ciszy, czując się jak dziecko, które znów znalazło kawałek świata, gdzie wszystko ma sens.

Kiedy dotarli pod starą kamienicę, August zatrzymał się przy bramie.

— Czy mogę się jakoś odwdzięczyć? Mam w spiżarni jeszcze słoik domowego dżemu śliwkowego. Dla ciebie.

— Nie trzeba. Naprawdę. Sama obecność pana… ta rozmowa… już jest nagrodą.

— Weź go. Proszę. To nie zapłata. To znak wdzięczności.

Lina uśmiechnęła się i przyjęła słoik, czując jego ciepło przez szkło, choć był zimny.

— Dziękuję, panie August.

— Dziękuję ja, dziecko. Za odwagę. Za to, kim jesteś.

Pożegnała się z grupą nastolatków i odprowadziła Augusta wzrokiem, aż drzwi się za nim nie zamknęły. Potem obróciła się, odetchnęła i spojrzała na swój telefon. Dziesięć minut spóźnienia. W normalnych warunkach już by panikowała.

Ale dziś — dziś czuła się inaczej.

Silniejsza.

Wiedziała, że już nic nie musi udawać.

Dotarła pod restaurację i zobaczyła przy wejściu Adriana. Stał z rękami w kieszeniach, rozglądając się. Gdy ją zobaczył, twarz mu się rozpromieniła.

— Spóźniłaś się — powiedział półżartem.

— Tak, wiem. Ale po drodze… stało się coś ważnego.

— W porządku. Wejdźmy. Mama już czeka.

Serce Liny zabiło mocniej. Weszli razem do środka.

Przy stoliku siedziała Clara — matka Adriana. Kobieta o ostrych rysach i eleganckiej postawie. Spojrzała na Linę od stóp do głów, ale nie powiedziała nic. Przez chwilę tylko mierzyła ją wzrokiem.

— Dobry wieczór. Lina, tak?

— Tak. Miło mi panią poznać.

Clara uniosła brew. Wzięła łyk wody, odłożyła kieliszek.

— Adrian mówił, że jesteś… nietypowa.

Lina się uśmiechnęła. Po raz pierwszy tego wieczoru bez lęku.

— Może. Ale dziś się przekonałam, że lepiej być sobą. Nawet jeśli to oznacza, że jest się „nietypową”.

Clara spojrzała na nią dłużej. A potem — nieoczekiwanie — skinęła głową.

— Cóż, w takim razie… usiądź. Opowiedz coś o sobie.

I tak zaczęła się ta rozmowa — nie jak egzamin, nie jak przesłuchanie, lecz jak pierwsza, niepewna nić między dwiema zupełnie różnymi kobietami.

Jedna z przeszłością, którą ukrywała jak bliznę. Druga — z przyszłością, której nie była jeszcze gotowa oddać.

Ale może… może właśnie dziś wszystko się zmieniło.

Related Posts