Później tego samego dnia Oskar wrócił. Zmęczony, potargany, z opuchniętymi oczami i pogniecioną koszulą. Wszedł bez słowa i spojrzał na mnie.
— Nie wiem, od czego zacząć.
— Od początku, — powiedziałam spokojnie, stawiając przed nim filiżankę herbaty. — Może od tej „drugiej żony”?
Usiadł jak zbity pies.
— Popełniłem błąd. Byłaś zawsze obok mnie, a ja…
— …a ty uznałeś, że wszystko ci ujdzie na sucho. Ale wiesz co? Jestem wdzięczna tamtej „żonie”. Oszczędziła mi lata życia. Teraz wszystko jest jasne.
— Nie rozumiesz, straciłem wszystko…
— Nie, Oskar. Mnie straciłeś. Reszta to tylko konsekwencje.
Podniósł głowę.
— Chcesz rozwodu?
Skinęłam głową.
— I złożę wniosek o podział majątku. Mój prawnik już przygotowuje dokumenty. Nie martw się, nic nie ukrywam. W przeciwieństwie do ciebie.
Trzy tygodnie później wszystko było podpisane. Mieszkanie zostało przy mnie. Połowa kont bankowych również. Jego udziały zostały zamrożone, a cała sprawa — od zdrad po przekręty finansowe — trafiła do sądu.
A ja? Przeprowadziłam się do spokojnego miasteczka nad morzem. Otworzyłam małą kawiarnię — „Biała Filiżanka”. Nie zmieniłam nazwiska — nie dlatego, że chciałam je zachować, ale by „pani Martin” oznaczało nowy początek.
I wiesz kto kiedyś wszedł do kawiarni?
Ten sam recepcjonista. Trochę zakłopotany, ale z ciepłym uśmiechem.
— Przepraszam za tamtą sytuację… Nie wiedziałem…
— Miał pan rację, — powiedziałam. — Nie byłam „tą prawdziwą żoną”. Ale teraz jestem jedyną kobietą w swoim życiu, na którą mogę liczyć.
Zostawił hojny napiwek, a wychodząc, powiedział:
— Jeśli kiedyś będziesz szukać wspólnika albo po prostu towarzystwa — jestem niedaleko. Zawsze uważałem, że masz w sobie siłę.
Więc tak — karma przyszła nie tylko po niego, ale też do mnie — jako wolność, godność i szansa na nowy początek.
A Oskar? Nie słyszałam już nic.
I szczerze? Dobrze mi z tym.