Alicja urodziła syna dwa lata po ślubie swojego brata Sashy. Jej chłopak, gdy tylko dowiedział się o przyszłym powiększeniu ich nieformalnej rodziny, natychmiast zniknął, jakby rozpłynął się w zachodzie słońca, mgle lub czymś innym – jakby nigdy nie istniał. Alicja cierpiała, wzdychała, ale ostatecznie podjęła decyzję o urodzeniu dziecka, uzasadniając swój wybór tym, że „każdy ma prawo do życia”.
Nikt nie próbował jej przekonać. Matka, Violetta Leonidovna, poparła ją, ojciec zajął neutralne stanowisko, a Sasza tylko pokręcił głową. Nie podobał mu się pomysł siostry, ale doskonale wiedział, że przekonać ją to jak próba zatrzymania gołymi rękami pociągu pancerzonego.
Wika, żona brata, również nie wtrącała się, powiedziała tylko:
— Jedyne, co jest dobre w tej historii, to to, że ten jej narcyz, tak zwany narzeczony, uciekł. Byłoby jej z nim ciężko.
Chłopiec urodził się dokładnie w terminie – zdrowy, różowoliczy niemowlę. Nadano mu proste imię – Wiktor. Violetta Leonidowna była poza sobą – radosna, dumna, podekscytowana i jednocześnie zdezorientowana. Wypis ze szpitala zorganizowano uroczyście, zamówiono fotografa i kamerzystę, wynajęto limuzynę, kupiono morze kwiatów.
– Po co wydawać tyle pieniędzy? – zdziwiła się Wika, widząc tę wystawną uroczystość. – Młodej matce jeszcze się przydadzą. Lepiej by było je zachować.
— Nie twoja to sprawa — odparła Violetta Leonidowna i spojrzała na synową z wyższością. — Nam wystarczy na wszystko. Zamiast liczyć cudze pieniądze, lepiej pomyśl o swoich dzieciach. Ile to już lat jesteście z Saszą? A nie masz ani dziecka, ani kotka.
Wika zawstydziła się.
— Nie zamierzałam liczyć waszych pieniędzy.
— No to milcz — rzuciła teściowa i natychmiast z hollywoodzkim uśmiechem podeszła do Alicji, która schodziła po schodkach niskiego ganku: — Alicjuszko, córeczko! Gratuluję z całego serca!
Alicja wyglądała na wyczerpaną, niezwykle zmęczoną: pod oczami miała ciemne cienie, twarz była wychudzona i blada. Wyglądała, jakby postarzała się o pięć lat podczas trzech dni spędzonych w szpitalu. Z widoczną ulgą przekazała matce niebieski zawiniątko i nawet nie spojrzawszy w stronę Wiki i Sashy, wskoczyła do samochodu.
— Chyba nie warto jej przeszkadzać — powiedziała Wika do męża. — Niech odpocznie. W końcu nie była na kurorcie.
— Ja tylko za — odparł Sasza.
Jego relacje z Alicją były napięte. Tłumaczył to tym, że siostra zawsze była ulubionym dzieckiem rodziców, a jemu wszystko przypadało na resztkę, a do tego nakładano mu mnóstwo obowiązków. Posprzątać? Sasza, jesteś starszy. Umyć naczynia? Oczywiście, Sasza, Alisa jest jeszcze mała. Wyprowadzić psa? Alisa nie da rady, lepiej Sasza.
— Tak jest we wszystkim — opowiadał. – Ale jeśli chodziło o prezenty, święta, coś takiego, to od razu Alicja była ważniejsza. Na urodziny dostałem jakąś tanią mašinę, a Alicja lalkę z limitowanej kolekcji. Ona miała animatora i stolik w restauracji dla dzieci, a ja – dobrze, jeśli upiekli w domu ciasto i pokroili sałatkę. I nigdy nie można było zaprosić więcej niż pięć osób.
Wika sama dorastała w dużej rodzinie: mieli czworo dzieci, dwie babcie, dziadka, prababcię i rodziców, a do tego dwa psy, trzy koty, papugę i rybki, ale nigdy nie było u nich czegoś takiego. Wszystko dzielono równo między wszystkich, bez względu na to, kto był starszy, a kto młodszy. Dlatego nie mogła zrozumieć stosunku Violetty Leonidowny do własnych dzieci: czy można kochać kogoś mniej, a kogoś bardziej? Dla niej było to niepojęte.
Alicja zamieszkała z matką – wynajęcie mieszkania stało się zbyt kosztowne – i całkowicie poświęciła się wychowaniu dzieci. Violetta Leonidowna pomagała im, jak tylko mogła, czasami nawet kosztem siebie. Wika nie interesowała się jednak zbytnio ich życiem – miała swoje własne, pełne emocji i barw. Czasami teściowa dzwoniła, opowiadała, jak się mają młoda matka i dziecko, poważnie próbowała rozmawiać o „dziecięcych niespodziankach”, kolkach i ząbkach.
– Nic w tym nie rozumiem, przecież wiesz – śmiała się Wika.
– A powinnaś rozumieć – zauważyła kiedyś moralizatorsko Violetta Leonidowna. – Najwyższy czas, żebyś miała własne dzieci.
– Ale ja nie chcę.
— Chcesz, nie chcesz, ale młodość przemija. Potem będziesz chciała, ale już nie będziesz mogła. Co zrobisz z Saszą? Weźmiesz cudze dziecko z domu dziecka?
— Cóż, nie zapoglądałam tak daleko w przyszłość — odparła Wika. — Kiedy nadejdzie taki moment, wtedy zobaczymy. Problemy trzeba rozwiązywać na bieżąco.
— A ty czekaj, czekaj, aż się pojawią, tak, tak — podchwyciła teściowa.
Pewnego razu Wika sama zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna się pospieszyć z potomstwem, ale natychmiast odrzuciła tę myśl. Nie teraz. Przed nią jeszcze dużo czasu – bez względu na to, co mówią inni. Roześmiała się w duchu: dlaczego w ogóle ktoś pomyślał, że ma prawo wywierać na nią presję i mówić jej, jak ma układać swoje życie? W końcu Wika chciała jeszcze trochę cieszyć się życiem, zanim zanurzy się w morzu smoczków, pokarmów i pieluch.
Kiedy jej siostrzeniec skończył rok, zmarła babcia Wiki, pozostawiając wnuczce w spadku małą chatę niedaleko miasta. Po okresie żałoby Wika zabrała się za porządkowanie terenu – i nagle się tym zainteresowała.
„Nigdy nie pomyślałabym, że ogrodnictwo i uprawianie warzyw tak mnie wciągną” – śmiała się, opowiadając mężowi o swoim nowym hobby. „Ale to naprawdę fajne!” I zaczęła snuć plany: „W przyszłym roku posadzimy tam paprykę i pomidory. Chcę spróbować sama uprawiać warzywa”.
Sasha pomagał jej we wszystkim – wydawało się, że sam się tym zainteresował. Jedyna niezadowolona była Violetta Leonidovna. Kilka razy przyjechała na dacha, uważnie obejrzała pokoje i kuchnię, przeszła się po sadzie. Pokręciła językiem.
„Gospodarstwo, tak…”.
A kilka dni później zadzwoniła do Sashy z nieoczekiwanym propozycją: dlaczego nie mieliby zostawić daczy Alicji?
– Po co? – zdziwił się ten. – Z tobą jest jej łatwiej, ma dziecko.
– No cóż, ma tu narzeczonego – niechętnie wyznała Violetta Leonidowna. – Może się pobiorą, chłopak będzie miał ojca… A gdzie będą mieszkać? U nas?
Sasha był jeszcze bardziej zaskoczony:
– A dlaczego my mamy o tym myśleć? Niech narzeczony pomyśli, gdzie zabrać narzeczoną.
– Bez serca – rzuciła Violetta Leonidovna i odłożyła słuchawkę.
Ale najwyraźniej nie miała zamiaru rezygnować z tego pomysłu i rozpoczęła szeroko zakrojoną kampanię namawiania synowej i syna. Oboje stanowczo trzymali się swojej decyzji, w milczeniu dziwiąc się jej zachowaniu i zastanawiając się, kiedy w końcu da za wygraną.
Potem teściowa zniknęła, przestały przychodzić telefony, wiadomości na czacie i komunikatorach. Nastąpiła jakaś podejrzana, napięta cisza. Wika bała się poruszać ten temat z mężem, on też nie zaczynał rozmowy. Oboje co chwilę czekali na kolejny telefon.
Ale zamiast niej zadzwoniła Alisa.
— Wika, mam pilną sprawę — powiedziała łagodnym tonem. — Mama nie może zostać z synem. Tata też jest w pracy. Czy mogłabyś przez godzinę popilnować Witka?
Po chwili wahania Wika zgodziła się. Wite miał już rok i siedem miesięcy, był aktywnym, bystrym i wesołym dzieckiem, a ona nie miała nic przeciwko spędzaniu z nim czasu. Tym bardziej, że godzina nie zrobiła jej żadnej różnicy.
Alicja przyjechała po dwudziestu minutach, weszła przez bramę, pchając przed sobą wózek, i wręczyła Wice torbę z zabawkami i jedzeniem.
— Nie zostanę długo, ale może zgłodnieje.
— Nie mamy pustej lodówki — zauważył Sasza. — Nie zamykajcie jej.
Alicja machnęła ręką:
– Daj spokój, to nic takiego. On nie je wszystkiego, więc…
Po półtorej godziny odebrała syna, a następnego dnia zadzwoniła ponownie z tą samą prośbą.
– Po prostu przechodzę badania lekarskie – wyjaśniła. – Wczoraj nie udało mi się odwiedzić wszystkich lekarzy. Zostańcie jeszcze na godzinę lub dwie?
— Dobrze — zgodziła się Wika, choć prośba szwagierki nieco ją zaniepokoiła.
Od tego dnia prośby o opiekę nad Wiotką pojawiały się niemal co tydzień. Raz trzeba było kupić nowe ubrania, innym razem obejrzeć mieszkanie do wynajęcia, a jeszcze innym załatwić jakieś dokumenty. Wika czuła, że zaczyna się denerwować. Ile to może trwać, czy ona znalazła darmowe nianie?
– Co, nie masz pieniędzy? – zapytała bezczelnie Alicja. – Przecież to nie jest obcy! Tym bardziej, że jesteś na urlopie i całe dnie spędzasz na grillowaniu i wylegiwaniu się w hamakach.
– To nieprawda – oburzyła się Wika. – Mamy ogród. Całe dnie spędzamy na pracy w nim.
Za każdym razem Alicja zostawiała syna na coraz dłużej – zaczęło się od godziny, a skończyło się na tym, że spędzali z nim cały dzień, od rana do wieczora. Zabawek szwagierka już nawet nie zabierała – po co? – ale przestała przynosić jedzenie, przez co Wika musiała dodatkowo gotować dla dziecka. Alicja odpierała wszelkie rozmowy i w kółko powtarzała to samo:
– Czy coś wam odpadnie? I tak nie macie nic do roboty.
Wika już dawno domyśliła się, że kiedy one siedzą z jej dzieckiem, ona zajmuje się swoim życiem osobistym – i była zła jak nigdy dotąd w życiu. W końcu cierpliwość się skończyła i kiedy Alicja po raz kolejny bez uprzedzenia przyprowadziła Wiotkę, wybuchła nieprzyjemnymi słowami.
Szwagierka zamarła przerażona, wytrzeszczając na nią oczy.
– Czy ci się kurwa wali?
– To ci się wali! – odparła Wika. – Przyjeżdżasz bez telefonu, rzucasz dziecko i uciekasz! Ale jeśli wcześniej udawało ci się wykręcić ten swój popisowy numer, to teraz już nie wyjdzie. Nie będziemy już niańczyć twojego Witusia.
Alicja drgnęła, jakby ją uderzono, i zacisnęła usta.
— Jeszcze trzeba mu ciągle gotować — kontynuowała Wika. — Mam może tyle czasu, że mam stać godzinami przy kuchence z powodu twojego syna? Wolę poświęcić ten czas sobie! A produkty też my kupujemy, bo ty za każdym razem „zapominasz” przywieźć.
Alicja zmrużyła oczy.
— Co, wyrzucasz mi chleb dla dziecka?
Wika uderzyła się w czoło.
— Co ty wygadujesz? Nie wyrzucam ci tego, ale nie zamierzam też karmić twojego syna na stałe. Jeśli nie zapomniałaś, on jest dla mnie nikim.
— A Sasza to mój bratanek! — wykrzyknęła Alicja. — Jeśli nie zapomniałaś, że Sasza to twój mąż.
Wika skrzyżowała ręce na piersi.
— Świetnie, ale odpowiedzialność za dziecko spoczywa przede wszystkim na jego matce. Jeśli chcesz się go pozbyć, znajdź jego nieszczęsnego ojca i oddaj mu go!
— Nie mów mi, co mam robić — powiedziała niespodziewanie spokojnie Alicja. — A jeśli tak żal ci jedzenia, to… no… nie wiem. Niech Wia pracuje w waszym ogrodzie. Odpracuje sobie, że tak powiem, swoje jedzenie.
Wika omal nie zakrztusiła się powietrzem, spojrzała z wyrzutem na szwagierkę i zakręciła palcem przy skroni.
— Czy ty oszalałaś? Jak to „odpracuje”? On nie ma nawet dwóch lat!
— No i co z tego — odparła niewzruszona Alicja i wstała. — No dobrze, idę już. Jeśli coś, zadzwońcie.
— Zabierz Wiotkę — powiedziała stanowczo Wika. — Nie przyjmuję sprzeciwu. Nie przywoź więcej swojego dziecka do nas na duszę — oświadczyła synowa.
Alicja próbowała się opierać, ale Wika uparcie stała na swoim. W końcu szwagierka, mrucząc pod nosem coś niezadowolonego, wzięła dziecko na ręce i wycofała się. Sasha nie słyszał ich rozmowy – pojechał do sklepu po zakupy.
Kilka razy Alisa próbowała jeszcze wcisnąć im opiekę nad dzieckiem, ale za każdym razem spotykała się z stanowczą odmową i po tygodniu w końcu zostawiła ich w spokoju.
– Dzięki Bogu – powiedział Sasza. – Bo już się wkręciła. Gdyby zachowywała się jak człowiek, nikt nie powiedziałby ani słowa! Ale nie, jak zawsze, nie widzi granic. Zawsze taka była. Rozpieszczona. Wszyscy są jej winni.
Z jakiegoś powodu Violetta Leonidowna też nie dzwoniła, a dopiero później Sasza i Wika dowiedzieli się, że oboje znaleźli się na jej czarnej liście. Na swoim profilu w serwisie społecznościowym opublikowała post, w którym pisała o tajemniczych „znajomych”, którzy okazali się tak chciwi, że nie chcieli dać dziecku kawałka czarnego chleba.