Ta historia wydarzyła się dawno temu, w latach siedemdziesiątych, w osadzie w dziewiczym gospodarstwie państwowym…
Tamara, kierowniczka, a także sprzedawczyni w wiejskim sklepie, szła do pracy wcześnie rano, trzęsąc się pod nylonowym płaszczem przeciwdeszczowym. Wieczorem dostarczono towary, ale ona i jej asystentka Albina były tak wyczerpane przyjmowaniem i wkładaniem produktów do lodówki, że nie miały czasu, aby położyć na półkach pasmanterię, artykuły papiernicze i artykuły spożywcze. Musiały więc iść do sklepu o świcie.
Jeszcze nie było jasno, w oknach paliło się tylko kilka świateł, mieszkańcy wsi powoli szykowali się do pracy. Jesienna pogoda była wilgotna i rozmoknięta z powodu mżawki. Stopy obute w gumowe buty ześlizgiwały się ze ścieżki, która była uważana za wybrukowaną, ale w rzeczywistości była cała w dziurach i koleinach, więc nie dało się iść szybko.
Przed nami, dokładnie na środku ścieżki, która prowadziła wzdłuż ogrodzenia szkoły, leżał stos szmat. Tamara przeklęła: „Co za idioci! Zbyt leniwi, żeby je wyrzucić do kosza, rzucali swoje pikowane kurtki gdzie popadnie! Czy dzieci mają chodzić do szkoły na szmatach czy czymś takim?”
Nagle stos się poruszył i jęknął. Tamara ze strachu odskoczyła prosto w kałużę, przeklęła, ale przezwyciężając się, podeszła bliżej. Pochyliwszy się, zobaczyła, że to nie były szmaty, ale mężczyzna ubrany w niewyobrażalne szmaty. I znała tego mężczyznę, miejscowego pijaka, można by nawet powiedzieć, bezdomnego.
„Hej, po co tu tak leniuchujesz?” kopnęła go z obrzydzeniem. „Upiłeś się wcześnie rano, idź do domu i prześpij się!”
Ale bezdomny spojrzał na nią tak przenikliwie przez splątane włosy, że Tamara, wcale nie sentymentalna kobieta, poczuła, jak jej serce podskakuje. Oczy mężczyzny były jak oczy osaczonego zwierzęcia, błysnęła w nich beznadzieja, a twarz wykrzywił bolesny grymas.
„Jak się nazywasz? Czemu się tak wszyscy krzywicie?”
„Moja noga” – mruknął bezdomny – „naprawdę mnie boli. Muszę iść do pogotowia”.
Nie było absolutnie czasu, żeby zbadać jego dolegliwości, a mgła przeszkadzała, więc Tamara kazała mężczyźnie pójść z nią do sklepu, ponieważ i tak nic we wsi nie było jeszcze otwarte. Dawała mu bandaż, jod, nalewała herbaty, a potem pozwalała mu iść do punktu pierwszej pomocy, żeby się opatrzył. Bezdomny z trudem wstał i jakoś kulejąc, powlokł się za kobietą.
Więc gęsiego ścieżką dotarli do wiejskiego sklepu i zamarli ze zdumienia, bo żelazne drzwi były szeroko otwarte. Na ganku, pod słabym światłem latarni, leżał związany strażnik Pietrowicz z zakrwawioną głową i brudną szmatą w ustach. Widząc ich, jęknął i zaczął się wiercić, próbując uwolnić się z więzów. Tamara złapała oddech i podbiegła do starca. Wyjąwszy mu knebel z ust, zaczęła drżącymi rękami rozwiązywać liny. Ale strażnik, kaszląc i plując, wychrypiał: „Oni tam są, kradną…”
„O mój Boże, kim oni są, kto kradnie?” Tamara była zbyt podekscytowana, by zrozumieć, ale bezdomny był mądrzejszy i zapominając, że ledwo utykał, szybko wbiegł do pokoju.
Kierownik pobiegł za nim do sali sprzedaży. W ciemności słychać było bójkę i jęki, widać było też cienie. Po silnym popchnięciu kobiety, obok przebiegł mężczyzna, który schował coś do kieszeni i rzucił się do ucieczki ze sklepu. Na drugim rabusiu siedział bezdomny, głośno prychając, wykręcając ręce za plecami. Na podłodze ciemniała duża kałuża, ale Tamara nie miała czasu, by się zastanawiać, co to jest, pobiegła pomóc bezdomnemu. Kierowniczka była krągłą kobietą, więc udało jej się udusić złodzieja swoim ciężarem, a razem związali mu ręce paskiem wyciągniętym ze spodni.
Kiedy Tamara zapaliła światło, zobaczyła scenę chaosu: potłuczone butelki wina, worki z mąką i płatkami spadały z półek, porozrzucane puszki z jedzeniem, paczki papierosów i pokruszone tabliczki czekolady dodawały chaosu. Dobrze, że rabusie nie zdążyli wybebeszyć niesegregowanych towarów i sejfu z wczorajszymi łupami.
Ale głównym problemem było coś innego: jeden ze złodziei dźgnął nożem niespodziewanego obrońcę, bezdomnego, a wokół niego rozlała się kałuża krwi, mieszając się z rozlanym porto. Mężczyzna ściskał ranę na brzuchu ręką, jego czoło było pokryte potem, twarz szybko bledła, wyglądało na to, że zaraz straci przytomność.
Tamara kopnęła związanego złodzieja butem, żeby się upewnić, i pobiegła do pomieszczenia gospodarczego, żeby dostać się do telefonu. Drżącymi rękami wybrała numer policji i karetki pogotowia. Złapawszy trochę oddechu, zadzwoniła do dyrektora gospodarstwa państwowego i zgłosiła nalot na wiejski sklep.
Gdy dyrektor gospodarstwa rolnego San Sanych, lekarze i policjanci pojawili się w sklepie, bezdomny mężczyzna był już zupełnie słaby i ledwo oddychał. Tamara krzątała się wokół niego. Rozpięła pikowaną kurtkę, podarła sweter i odsłoniła ranę, próbując zatamować krwawienie ręcznikami.
Pogotowie szybko zabrało rannego, policja, po obejrzeniu miejsca zdarzenia, zabrała zatrzymanego złodzieja. Dopiero wtedy Tamara i jej asystent, który przybył na czas, zaczęli przywracać porządek w sklepie i liczyć straty.
***
We wsi panował gwar: nie zdarzało się to codziennie, by ich sklep został okradziony. Choć było tam sporo osób z zewnątrz: robotników dorywczych, studenckich ekip budowlanych i kierowców przewożących plony. Wszyscy zostali w akademiku, więc ludzie tam się ciągle zmieniali, jednym słowem, był to objazdowy dziedziniec. Wściekły dyrektor krzyknął, że wszystkich pośle do piekła, a akademik zamknie jako siedlisko przestępczości.
Wieśniacy, którzy przyszli do sklepu
Kobiety żywo dyskutowały o incydencie. Tamara dowiedziała się od nich, że drugiemu rabusiowi udało się uciec, ale policja go szuka. San Sanych, dyrektor, obiecał osobiście udusić złodzieja, gdy tylko zostanie złapany. A bezdomny, który bohatersko zatrzymał złodzieja, wcale nie był bezdomnym, tylko Andriushką Krasilnikovem. Kiedyś był dobrym człowiekiem, mieszkał w sąsiednim sowchozie, a gdy zaczął pić, jego żona Valka go wyrzuciła. Przeprowadził się do ich sowchozu, pracował na budowie, ale nie został tam długo. Jego paszport został skradziony lub podarty, gdy był pijany, więc był bezdomny, ponieważ nikt nie chciał go zatrudnić. Tamara słuchała plotek z wielkim zwątpieniem, a jednocześnie z tonącym sercem, było jej tak żal tego mężczyzny. Nie mogła uwierzyć, że był ostatnim pijakiem: ten bezdomny nie sprawiał wrażenia pijaka ani łajdaka, ale po prostu pechowca. Postanowiła, że kiedy pójdzie odwiedzić strażnika Pietrowicza, wpadnie też zobaczyć Andrieja.
***
Kilka dni później, zostawiwszy u siebie asystentkę w wiejskim sklepie, weszła na oddział szpitala powiatowego z torbą prezentów dla Andrieja. Patrząc w twarze pacjentów, kobieta przekręciła głowę, szukając niespodziewanego wybawcy, ale nie mogła go rozpoznać. Pielęgniarka na oddziale wskazała na bladego, łysego mężczyznę. Trudno było rozpoznać w nim wyrośniętego, brudnego bezdomnego, którym był jeszcze kilka dni temu.
– Tam jest, Krasilnikow! Andriej, przyszli cię zobaczyć!
Mężczyzna otworzył oczy i dopiero wtedy Tamara rozpoznała go po beznadziejnym spojrzeniu.
– Andriej, – zapytała Tamara zawstydzona, – jak się czujesz?
Położyła smakołyki na stoliku nocnym i usiadła na krześle obok niego.
– Wszystko w porządku, Tamaro Nikołajewna! Dziękuję!
– Przyniosłam tu smakołyk. To dzięki tobie, Pietrowicz ma nie tylko złamaną głowę, ale i wstrząs mózgu. Te skurwysyny mogłyby mnie zabić, gdyby nie ty. Twoja rana jest poważna?
– To normalne, przeżyję!
Pielęgniarka wtrąciła się do rozmowy:
– Rana brzucha nie jest groźna, mówi chirurg, nóż przeszedł stycznie, po prostu wypłynęło dużo krwi. Ale noga jest chora, wszystko było brudne, ropiejące, bałam się, że będę musiała ją odciąć, – kobieta zrobiła „straszne” oczy.
– Boże! – Tamara złapała oddech. – Może się uda? Facet jest młody, jak on może żyć bez nogi?
– Może się uda, – zgodziła się pielęgniarka.
***
Krasilnikow leżał w szpitalu do zimy, lekarze nie odcięli mu nogi, wyleczyli go, chociaż rana była stara, prawie doszło do zatrucia krwi. Bezdomny nabrał sił, wymył się, zauważalnie wyzdrowiał, zaczął wyglądać jak normalny człowiek, miejscami nawet ładnie. Dzięki Tamarze – praktycznie wypielęgnowała mężczyznę, przyniosła mu buliony, soki, świeże przetwory mleczne.
Tak burzliwie interesowała się jego losem, że sama była zaskoczona współczuciem, jakiego nigdy w życiu nie miała. Szybko odwróciła się od męża Toma, gdy zaczął wymachiwać pięściami po pijanemu. Prosił o wybaczenie i przysiągł, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Ale kobieta nie tolerowała rodzinnych kłótni, rozwiodła się, a jej były mąż musiał wrócić z dziewiczych ziem do ojczyzny z pustymi rękami. Niech mu podziękuje, że nie zgłosił go na policję!
I kręci się nad Krasilnikowem, jakby był jej najbliższym krewnym. Ona się chyba starzeje – właśnie skończyła czterdzieści cztery lata – dlatego stała się taka współczująca. Pojechała nawet odwiedzić jego byłą żonę w sąsiednim sowchozie. Facet musi gdzieś wrócić po operacji, a potrzebuje ubrań na wypis! Poszła prosto do sklepu, gdzie kilka kobiet gadało o czymś zawzięcie.
– Cześć, kobiety! Możecie mi powiedzieć, gdzie mieszka Valka Krasilnikova?
– No, ja jestem Valka, tylko już nie Krasilnikova, tylko Petrova! Po co wam jestem potrzebna? – odpowiedziała najbystrzejsza z nich.
– Chciałam porozmawiać o twoim mężu Andrieju. Jest w szpitalu, wypisują go, potrzebuje ubrań. Spalili stare szmaty, a te, które były w akademiku, ukradli robotnicy dorywczy.
W tym momencie w drzwiach sklepu pojawił się mężczyzna: „Valka, przestań gadać, nasza kolej!” Kobieta machnęła na niego ręką i zwróciła się do Tamary:
– On już nie jest moim mężem, twój Andriukha! I nie przychodź tu, on nic tu nie ma! Przepił wszystko i stracił wszystko w swoim pijaństwie! Powiedz mu to, niech nawet nie pokazuje się!
Po namyśle Tamara poszła do dyrektora sowchozu. Mimo swojej groźnej natury San Sanicz był w gruncie rzeczy człowiekiem dobrodusznym, szybko zmieniając gniew w litość. Dlatego załatwił Krasilnikowowi nowy paszport na wymianę podartego, dał mu mały bonus za bohaterstwo w obronie sowchozowej własności (Tamara kupiła mu ubrania za ten bonus), a na koniec powiedział do „bohatera”:
– Krasilnikow, zostawiam cię w sowchozie. Nawet zrobili ci nowy paszport. Idź i go odbierz. A my znajdziemy ci pracę, – pomyślał dyrektor. Mężczyzna, wciąż słaby po operacji, nie nadawał się do ciężkiej pracy w sowchozie.
„Może powinniśmy przydzielić cię do pracy jako strażnika w wiejskim sklepie, dopóki nie zainstalujemy systemu alarmowego? Stary Pietrowicz zrezygnował, powiedział, że na razie jego życie jest mu drogie, a oszuści rozbili mu karabin Berdana. A ty, tam, gołymi rękami broniłeś socjalistycznej własności!” – dyrektor mrugnął do Tamary konspiracyjnie. „A Tamara Nikola
Evna prosi o ciebie! Ale uważaj, jeśli się upijesz, to za dwadzieścia cztery godziny wyrzucą cię z sowchozu!
***
Chociaż Andriej był początkowo milczący i nietowarzyski, pracował regularnie, pomagał sprzedawcom rozładowywać towary i pilnie pilnował. Tamara nie mogła się nasycić sprawnym pracownikiem, który prawie nigdy nie wychodził ze sklepu wiejskiego, próbując coś naprawić i naprawić.
Ale asystentka Albina prychnęła sceptycznie:
– Toma, naprawdę mu wierzysz? Tylko grób naprawi garbusa. Ci oszuści to byli pewnie jego przyjaciele. Nie było wystarczająco wódki, więc poszli do sklepu po więcej w pijackim odurzeniu. Nie mógł za nimi nadążyć, więc udawał bohatera.
– Co ty mówisz, Albina? Człowiek cierpiał, sam prawie zginął. Andriej to dobry facet, po prostu pech! – Tamara w tym momencie liczyła dochody, zręcznie poruszając zadbanymi, wypielęgnowanymi palcami, a nawet oburzona straciła rachubę.
– Och, Tamaro Nikołajewna, jesteś dobrą duszą! Uważaj, nie popełnij błędu! – powiedziała Albina.
***
Asystentka miała rację: Krasilnikow nie pojawił się wieczorem w pracy. Tamara, niestety, czekała na niego do późna, a potem postanowiła pójść do akademika i zobaczyć tego łajdaka na własne oczy. Chciała go zrugać za to, że nie dotrzymał obietnicy, że ją zawiódł. Teraz zostanie wyrzucony z sowchozu – w przeciwieństwie do niektórych, San Sanicz potrafi dotrzymać słowa. Ale nigdzie nie mogła znaleźć Krasilnikowa, a „dobrzy” sąsiedzi, będąc pijani, podpowiadali:
– Ubrał się o porze obiadowej i wyjechał do rejonu do sowchozu „Gazik”. Powiedział, że dyrektor wysłał go w interesach. Andriukha wzbił się wysoko, nie chce nawet z nami pić!
„Pa, przeklęci alkoholicy!” – Tamara splunęła w serce i wróciła do sklepu, żeby zadzwonić do dyrektora i dowiedzieć się wszystkiego na własne oczy.
San Sanych potwierdził, że wysłał Krasilnikowa na teren powiatu. Było tam rzeczywiście sporo interesów. Policja chciała mu przyznać certyfikat, a znaleźli też drugiego przestępcę, trzeba było złożyć przeciwko niemu zeznanie. Jednocześnie musiał przynieść kosztorys i zaliczkę na materiały budowlane do biura budowy. Powinien był wrócić dawno temu, ale był już późny wieczór, a on wciąż nie wrócił. Zdezorientowany dyrektor zasugerował:
„No, nie mógł uciec samochodem i z pieniędzmi? Wierzę mu, służył jako spadochroniarz w wojsku, a teraz próbuje, nie pije. Chcę go przewieźć na plac budowy, dlatego nawet kazałem mu zabrać kosztorys!”
– San Sanych, poczekajmy, po co oczerniać faceta… Przecież to sezon błotnisty, a co jeśli gdzieś utknął? Zadzwoń do mnie do sklepu, jak już tam będziesz!
Zdenerwowana Tamara wróciła do wiejskiego sklepu, usiadła przy telefonie i zamarła, nie mogąc nic zrobić. Cóż, nie wierzyła, że Krasilnikow może oszukać wszystkich i zniknąć. Po co mu takie problemy? Nie zauważyła, jak zasnęła, kładąc głowę na stole.
***
Ostry telefon sprawił, że zadrżała. Chwytając słuchawkę telefonu, półprzytomna Tamara nie od razu zrozumiała, co San Sanych do niej mówi.
Okazało się, że samochód utknął w brudnym, luźnym śniegu na drodze gruntowej i jakkolwiek by się nie starał Andriej, nie mógł wydostać się o własnych siłach. Miał nadzieję, że jakiś spóźniony kierowca przyjedzie i go wyciągnie. Ale czas mijał, a na drodze nie pojawiał się nikt. Zrozumiał, że w sowchozie będzie zamieszanie, że ludzie będą o nim źle myśleć. A on już zaczynał marznąć, mimo że była wiosna, ale nocą było zimno. Musiał zostawić samochód i iść pieszo, do sowchozu zostało nie więcej niż pięć kilometrów. Już na dojeździe do wsi zabrała go ciężarówka i pojechała prosto do domu dyrektora. Razem z traktorzystą wrócili po utkniętego „gazika”.
Gdy tylko Tamara zobaczyła Andrieja w drzwiach sklepu, zrozumiała, że on, mokry i drżący, ledwo będzie w stanie czegokolwiek pilnować. Zaparzyła mocną herbatę, włożyła do niej plasterek cytryny, łyżeczkę miodu i kazała mu ją wypić. Krasilnikow rzucił wymowne spojrzenie na butelkę koniaku, ale kierowniczka podsunęła mu pięść tuż pod nos:
„Rozgrzej się herbatą, nie potrzebuję tu alkoholików, rozumiesz?”
Po czym położyła go na małej sofie w pomieszczeniu gospodarczym. Ale rano temperatura Krasilnikowa wzrosła i stało się jasne, że jest chory. Tamara wezwała pielęgniarkę, która dała mężczyźnie zastrzyk i jakieś tabletki, i poradziła mu, żeby położył się na kilka dni. Ale gdzie? Nie w akademiku, gdzie była droga przelotowa.
Po namyśle Tamara zaproponowała, żeby Krasilnikow został u niej: „Co, ja mam dwupokojowe mieszkanie, mój syn studiuje w mieście obwodowym i przyjedzie tylko na święta. Więc możesz mieszkać w jego pokoju, dopóki nie wyzdrowiejesz!”
Albina, która przyszła do pracy, podsłuchała rozmowę, przewróciła oczami i zakręciła palcem w skroni: kierowniczka zupełnie straciła rozum. Wtedy machnęła ręką z rezygnacją i zgodziła się pracować sama, żeby Tamara mogła zająć się Krasilnikowem przez kilka dni.
***
“Po co się mną opiekujesz? Jestem nic nie wartą osobą, a ty się mną przejmujesz.
– Powiedz mi prawdę, czy to twoi znajomi włamali się do sklepu jesienią? Wiedziałeś o tym?
– Przysięgam, że nie. Wyszedłem z hostelu w nocy i nie wiedziałem, co ci idioci wyprawiają. I nie piłem z nimi. Czułem się tak źle, że noga zaczynała mi gnić, ani wódka, ani alkohol nie pomagały. Chciałem iść w step i tam umrzeć. Ale wtedy na mnie wpadłeś.
– A teraz jak się masz?