Siergiej Władimirowicz zawsze był człowiekiem czynu. Dlatego po zaledwie półtora tygodnia, w jeden z pogodnych majowych dni, zostawił kierownika, wsiadł za kierownicę swojego SUV-a i ruszył w drogę, nie wiedząc dokładnie, co go czeka.
Należy zauważyć, że szef firmy „Nowyje Porogi” od dawna nie siadał za kierownicą tylko dla przyjemności. Zazwyczaj jego podróże były związane z działalnością firmy — transportem dokumentów, spotkaniami z klientami lub rozwiązywaniem pilnych spraw. Ale tym razem wszystko było inaczej. Gdy tylko Siergiej Władimirowicz wjechał na autostradę, ogarnęło go dawno zapomniane uczucie wolności. Łatwość, z jaką prowadził samochód i brak zwykłego pośpiechu przypomniały mu, co znaczy cieszyć się drogą.
Nie spieszył się. W głębi duszy obawiał się, że po osiągnięciu celu będzie rozczarowany swoim przedsięwzięciem. Dlatego Siergiej Władimirowicz jechał powoli, z ciekawością rozglądając się po okolicy. Wiosna rozkwitła: natura, zrzuciwszy z siebie marcową senność i kwietniowy letarg, teraz szalała kolorami i aromatami.
Przygotowania do podróży były spontaniczne. Siergiej Władimirowicz nie przygotowywał się starannie do podróży – po prostu wrzucił kilka rzeczy do bagażnika, kupił kilka puszek przetworów i półproduktów. Nie był pewien powodzenia swojego planu, dlatego nie chciał tracić czasu na niepotrzebne przygotowania. Jednak bliżej końca drogi, gdy do koniecznego skrętu zostało mu już tylko kilka kilometrów, poczuł się bardzo głodny. I wtedy, ku swojej uciesze, na poboczu drogi zauważył grupę kobiet siedzących przy wozach z domowym jedzeniem.
Siergiej Władimirowicz nie raz mijał takie improwizowane „targi”, ale nigdy się nie zatrzymywał. Zawsze sceptycznie odnosił się do jedzenia gotowanego w domu, preferując sprawdzone kawiarnie lub restauracje. Ale teraz nie miał wyboru. Postanowił zrobić wyjątek i zwolnił.
– Pirożki! Czebureki! Domowe jabłka! Grzyby! — zewsząd słychać było głosy.
Siergiej Władimirowicz nie spieszył się z wyborem, uważnie oglądał lady. A potem jego wzrok padł na jedną ze sprzedawczyń stojących z boku. Nie krzyczała, nie nawoływała klientów, tylko po prostu patrzyła na niego z jakimś dziwnym, niemal rozpoznającym wyrazem twarzy. Obok niej stały stare bańki po mleku i puste słoiki.
Siergiej podniósł wzrok i zamarł. To była Maria, jego była pracownica. Wyglądała prościej, niż pamiętał: chustka na głowę, proste ubranie, nieco dojrzalsza twarz. Ale to zdecydowanie była ona.
Siergiej Władimirowicz Werietenow, właściciel agencji nieruchomości „Nowe Porogi”, był człowiekiem zasad i uczciwości. Nie lubił kłamać ani oszukiwać bez potrzeby, wolał mówić szczerze lub milczeć, jeśli wymagała tego sytuacja. Za to szanowali go pracownicy — trzech agentów i sekretarka, którzy tworzyli mały, ale zgrany zespół.
Agencja mieściła się w budynku administracyjnym, w którym stłoczono dziesiątki podobnych biur. Mimo skromnych rozmiarów, o „Nowych Porogach” mówiono ciepło. Siergiej Władimirowicz zawsze stawiał na jakość, a nie na ilość, a jego motto „Mniej znaczy lepiej” stało się wizytówką firmy. Dzięki temu agencja pozyskała stałych klientów i zyskała renomę, która przyciągała nowych klientów pocztą pantoflową.
Jednak sukces przyniósł też nowe trudności. Napływ klientów wzrósł tak bardzo, że istniejący personel ledwo radził sobie z obciążeniem pracą. Musieli zatrudniać nowych pracowników, powiększać powierzchnię biurową, a nawet myśleć o zatrudnieniu stałej sprzątaczki. Wcześniej sprzątaniem zajmowały się firmy sprzątające, ale teraz to nie wystarczyło.
To właśnie wtedy, na polecenie jednego z klientów, do agencji zgłosiła się Maria – młoda dziewczyna ze wsi, która przyjechała do miasta, aby się uczyć i dorobić. Siergiej Władimirowicz, mimo uprzedzeń do młodych ludzi, postanowił dać im szansę.
Zawsze sceptycznie odnosił się do nowego pokolenia, uważając, że młodzi ludzie nie są zdolni do poważnych działań i wolą żyć kosztem rodziców. Jego opinia opierała się na osobistych doświadczeniach: sam od najmłodszych lat był przyzwyczajony do pracy, przeszedł wiele prób, zanim znalazł swoje miejsce w życiu.
Ale w Marii widział coś wyjątkowego. Była pracowita, odpowiedzialna i wbrew jego oczekiwaniom szybko wpasowała się w zespół. Jednak ich drogi rozeszły się i teraz, po pewnym czasie, spotkali się w tak niespodziewanym miejscu.
Siergiej Władimirowicz, stojąc przy drodze, spojrzał na Marię, a przez jego głowę przemknęły wspomnienia. Pomyślał o tym, jak życie czasami przynosi niespodzianki i jak ważne jest, aby nie oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu. Być może to spotkanie stanie się dla niego nową lekcją.
Mimo lekkiego wewnętrznego dyskomfortu, Siergiej Władimirowicz, komunikując się z Marią po raz pierwszy, nie mógł powstrzymać się od myśli: „Ona wygląda młodo! Piękna! Ale, jak się wydaje, trochę naiwna i prostacka – miasto zazwyczaj „mieli” takie osoby bez żalu. Cóż, wezmę ją, zobaczę, jak sobie poradzi. A potem, widzisz, zajdzie nawet w ciążę z jakimś miejscowym facetem. Chociaż… kto wie? Człowiek się oświadcza, ale życie układa się po swojemu. Spójrz
im, co z tego będzie. A ja w zasadzie ubezpieczyłem się – zarejestrowałem to na podstawie umowy cywilnoprawnej. Więc jeśli już, to nie będę zagrożony zasiłkami macierzyńskimi”. Uspokoiwszy się takim rozumowaniem, Siergiej Władimirowicz podpisał niezbędne dokumenty, położył pieczątkę i uprzejmie przypomniał nowej sprzątaczce, żeby się nie spóźniała do pracy. Ku jego zaskoczeniu Maria od pierwszych dni wykazała się niezwykłą odpowiedzialnością. Przychodziła do biura dokładnie o czasie, witała wszystkich w przyjazny sposób, a następnie szybko i sprawnie wykonywała swoje obowiązki. Po sprzątaniu szła do szkoły, a wieczorem, jeśli było to konieczne, wracała, żeby po szczególnie stresujących dniach posprzątać biuro.
Z czasem zaufanie do Marii tylko rosło. Dostała osobny zestaw kluczy do biura, żeby wieczorem mogła przyjść i sama posprzątać pomieszczenia. Została również wpisana na listę stałych pracowników, która co miesiąc była przekazywana agencji ochrony. Marii pokazano nawet, jak ustawić alarm w biurze. Początkowo wszystko szło gładko: kamery rejestrowały, jak dziewczyna, włączając ulubioną muzykę w telefonie, z łatwością radziła sobie ze sprzątaniem. Z jej ruchów było jasne, że przyzwyczaiła się do prac domowych od dzieciństwa i nie bał się dużych ilości zadań.
Stopniowo Siergiej Władimirowicz zaczął komunikować się z Marią coraz cieplej. Ona z kolei, podobnie jak pozostali pracownicy, była przesiąknięta szacunkiem dla swojego szefa. Jednak nie pozostało to niezauważone. Sekretarka Olga, chociaż była mężatką i nie żywiła żadnych szczególnych uczuć do Siergieja Władimirowicza, czuła odrobinę zazdrości. Była jedną z tych osób, które przyzwyczaiły się do bycia w centrum uwagi, zwłaszcza męskiej. A teraz, gdy Maria zaczęła otrzymywać większą aprobatę od swojego szefa, Olga żywiła urazę.
Wszystko to doprowadziło do nieprzyjemnego incydentu w środku tygodnia pracy. Pewnego wieczoru z małego sejfu, w którym przechowywano pieniądze przed wysłaniem do banku, zniknęła duża suma pieniędzy – depozyt na zakup mieszkania. Wszystkie dowody zdawały się wskazywać na Marię, która tego wieczoru sprzątała biuro.
Nie było bezpośrednich dowodów jej winy. Kamery, które miały rejestrować to, co działo się przy sejfie, nie działały tego dnia. Technik obsługujący system monitoringu wideo już nie raz zasugerował Siergiejowi Władimirowiczowi, że sprzęt jest przestarzały i wymaga gruntownej modernizacji. Jednak kierownik, mimo wzrostu dochodów, uważał takie wydatki za przedwczesne. A teraz to zadziałało na jego niekorzyść.
Pieniądze cudem wróciły na swoje miejsce już następnego wieczoru. Ale to tylko zwiększyło podejrzenia pracowników. Wszyscy, łącznie z Siergiejem Władimirowiczem, byli pewni, że winna jest Maria, która tego dnia znów pojawiła się w biurze.
Dziewczyna nie tłumaczyła się. Z dumnym wyrazem twarzy wysłuchała oskarżeń szefa, poprosiła o zwolnienie tego samego dnia i opuściła biuro. Siergiej Władimirowicz, tracąc na chwilę opanowanie, krzyknął za nią:
– Powiedz, że dziękujemy, że nie skontaktowaliśmy się z policją! – a potem cicho dodał pod nosem: – Ile razy mówiłem sobie, że nie warto angażować się w sprawy młodych ludzi…
Wydawało się, że to koniec historii. Jednak wszystko zmieniło się po wizycie technika, który serwisował system monitoringu wideo. Wysoki, małomówny mężczyzna o nazwisku Piotr, właściciel małej firmy, nagle pojawił się w biurze Siergieja Władimirowicza i gestem dał mu znak, żeby poszedł za nim.
Wkrótce znaleźli się w serwerowni, gdzie znajdował się monitor podłączony do wszystkich kamer w budynku.
„Prawdopodobnie będziesz zaskoczony”, zaczął Piotr, „ale obsługujemy nie tylko twoje biuro”.
„Wiem”, odpowiedział Siergiej Władimirowicz, wciąż nie rozumiejąc, do czego zmierza jego rozmówca.
„Nie, nie rozumiesz. Ufamy twojej firmie, ale nie wszystkim naszym innym klientom. Więc na wszelki wypadek zainstalowaliśmy dodatkową kamerę na korytarzu, aby monitorować ruch w pobliżu serwerowni. Nigdy nie wiadomo, kto może chcieć się tam dostać. Spójrz”. Piotr nacisnął kilka przycisków i na ekranie pojawiło się nagranie. Olga była widoczna w kadrze, zręcznie otwierając kluczami drzwi do pomieszczenia gospodarczego i wchodząc.
— Po tym kamery się wyłączyły. Dokładnie na dwie godziny.
— Czyli chcesz powiedzieć, że wzięła pieniądze? — zapytał Siergiej Władimirowicz, czując, jak wszystko w jego głowie zaczyna układać się w jeden obraz.
— Szczerze mówiąc, nie znam wszystkich szczegółów. Tylko plotki i spekulacje. Ale wydaje mi się, Sierioga, że oskarżyłeś niewłaściwą osobę.
— Ale dlaczego miałaby to zrobić? — zapytał niedowierzająco Siergiej Władimirowicz.
— Olga? — Piotr wzruszył ramionami. — Zapytajmy ją samą. Jednocześnie zapytajmy ochroniarza, dlaczego dał jej klucze.
Zaczęli od ochroniarza.
Siwowłosy mężczyzna w czarnym mundurze, siedzący na punkcie kontrolnym z kubkiem herbaty, wyraźnie nie spodziewał się wizyty od dwóch zdenerwowanych mężczyzn.
„Czy dałeś Oldze Michajłownie klucze do mojej serwerowni?” – zapytał surowo Piotr, właściciel firmy serwisującej systemy monitoringu wideo.
„Tak” – strażnik lekko chrząknął, wyczuwając napięcie w powietrzu.
„A dlaczego, u licha, ktoś z zewnątrz dostał się na teren, który wynajmuję?” – kontynuował Pyo.
tr, podnosząc głos.
— Obcy? — ochroniarz był szczerze zaskoczony. — Ona tu pracuje!
— Wszystko jasne — wtrącił się Siergiej Władimirowicz, czując, że obraz tego, co się dzieje, zaczyna się klarować. — Ale tutaj nic nie osiągniemy.
Wkrótce na progu recepcji pojawiło się trzech zirytowanych mężczyzn: kierownik, technik i ochroniarz, który poczuł się wrobiony i postanowił dołączyć do akcji.
— Olga Michajłowna — Siergiej Władimirowicz zwrócił się do swojej sekretarki — czy mogłabyś wyjaśnić, co robiłaś w serwerowni w dniu, w którym zniknęły pieniądze?
— Ja? Nic! — szybko odpowiedziała Olga, ale widząc ochroniarza, natychmiast zmieniła ton. — To znaczy, że przypadkowo tam weszłam. Myślałam, że to salon manicure. Musiałam odebrać telefon od koleżanki z sąsiedniego biura. Aneczka zapomniała, wiesz? Taka ładna dziewczyna, która robi manicure na piętrze wyżej.
– Znam Anię, – Siergiej Władimirowicz przerwał jej chłodno. – Ale kamera wyraźnie nagrała, jak weszłaś do pokoju technicznego i wyszłaś z niego, po czym opuściłaś piętro. Czy telefon tam był? – zapytał sarkastycznie.
– A co robiłaś na moim terenie? – wtrącił się Piotr. – Jak wiesz, nie mam żadnych pokoi do manicure. A do tego, o którym mówisz, nigdy nie poszłaś.
– Aparat? – Oczy Olgi błysnęły z konsternacją. Najwyraźniej nie wiedziała o istnieniu dodatkowego urządzenia. – No cóż, ja…
– A tak w ogóle, Siergieju, – Piotr zwrócił się do menedżera, nie pozwalając Oldze dokończyć. – Kiedyś pokazałem jej, jak zrestartować system i poszczególne kamery. Podobno to była konfiguracja. Wszystko pasuje…
– Siergiej Władimirowicz! – Olga wybuchnęła. – Ty sam nie chciałeś widzieć tej Marii w biurze! Tak, uciekłem się do małego fortelu, żeby przyspieszyć jej odejście. Ale pieniądze wróciły! Pracuję dla ciebie od trzech lat i nigdy cię nie zawiodłem. Naprawdę zamierzasz mnie zwolnić za taką drobnostkę?
– Nie, Olgo, nie „za drobnostkę” – odpowiedział chłodno Siergiej Władimirowicz. – Maria Wiktorowna sama odeszła. A ty wystawiłaś niewinną osobę. Dlatego zwalniam cię „z powodu utraty zaufania”. Bądź wdzięczna, że nie kontaktuję się z policją. Ale jeśli do wieczora nie przyniesiesz listu rezygnacyjnego, obwiniaj siebie – uruchomię poważniejsze mechanizmy.
Po tych słowach odwrócił się i skierował do wyjścia.
– Dokąd idziesz? – zapytał Piotr.
– Szukać Marii, gdzie indziej? – Siergiej Władimirowicz machnął ręką i wyszedł z biura.
Mimo surowych zasad firmy postanowił zadzwonić do klientki, która kiedyś poleciła Marię, żeby dowiedzieć się jej danych kontaktowych. Telefon dziewczyny był niedostępny od kilku godzin.
— Tak? — odpowiedział zdziwiony klient.
— Oleg Pawłowicz, przepraszam, że przeszkadzam — zaczął Siergiej Władimirowicz. — Czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie teraz jest Maria Wiktorowna?
— O, to pan, Siergiej Władimirowicz? — Głos Olega Pawłowicza był lekko zirytowany. — Moja krewna pojechała na wieś. Była głęboko rozczarowana pańskim nastawieniem i tym miastem w ogóle. Nie udało mi się jej namówić, żeby została. Zabrała dokumenty z placówki edukacyjnej. Nawiasem mówiąc, nie wszyscy operatorzy telekomunikacyjni działają w jej regionie, więc teraz nie można się z nią skontaktować.
— Szkoda — mruknął Siergiej Władimirowicz. — Może ma inny numer?
— Jeśli ma, to nie wiem. I, Siergiej Władimirowiczu, nie chcę już kontynuować tej rozmowy. Maria jest osobą o kryształowej uczciwości. Po tym, co się stało, trudno mi traktować pana tak samo jak wcześniej. Wszystkiego najlepszego.
Druga osoba się rozłączyła, pozostawiając Siergieja Władimirowicza z ciężkim poczuciem winy.
… Minął prawie rok. Życie toczyło się dalej, a firma „Nowye Porogi” rozwijała się, choć bez Olgi w kadrze. Jednak za każdym razem, gdy kolejny technik nie radził sobie ze swoimi obowiązkami, Siergiej Władimirowicz przypominał sobie Marię. Jej odpowiedzialność i ciężka praca stały się dla niego standardem, a niesprawiedliwe zwolnienie – nieustannym źródłem wyrzutów sumienia.
Pewnego dnia, po raz kolejny rozmyślając o przeszłości, Siergiej Władimirowicz zdał sobie sprawę, że potrzebuje restartu. Ale wtedy pojawił się problem: po prostu nie wiedział, jak się zrelaksować. Trasy turystyczne, plaże, hotele – wszystko to wydawało mu się nudne i bezsensowne.
Swoimi doświadczeniami podzielił się z Piotrem, który właśnie przyszedł naprawić kolejną awarię systemu monitoringu:
– Czy tak ludzie się relaksują, nic nie robiąc? – zapytał zamyślony Siergiej Władimirowicz. – Trudno mi sobie nawet wyobrazić coś takiego.
– No cóż, to źle – odpowiedział Piotr, nie odrywając wzroku od pracy. – Trzeba umieć się relaksować.
– Wiem. Ale ja tego nie potrafię.
– Jeśli nie potrafisz się relaksować biernie, relaksuj się aktywnie. Na przykład moja babcia co wiosnę jeździła na swoją daczę i spędzała tam cały czas aż do późnej jesieni. Wszyscy myśleli, że cierpi – całe dnie spędzała na kopaniu w grządkach, otwieraniu szklarni, pieleniu. Ale dla niej to był najlepszy odpoczynek. Kiedy jej krewni sprzedali daczę, żeby „zachować zdrowie”, szybko uschła od bezczynności.
Siergiej Władimirowicz się nad tym zastanowił. Może rzeczywiście powinien znaleźć swój własny sposób na relaks – aktywny, pożyteczny i daleki od zwykłej rutyny.
– Tutaj
jak. Oferujesz kupno domku letniskowego?
– Albo domu, jeśli nie boisz się długich podróży. Region jest pełen opuszczonych domów we wsiach – to po prostu niesamowite. Oczywiście, przy twoim napiętym grafiku, mało prawdopodobne, że będziesz mógł uprawiać rośliny. Ale znajdziesz ujście, gdy poprawisz działkę i doprowadzisz dom do porządku. Nie mówię, że musisz jechać na łono natury. Ale ostatnio byłem we wsi Zapolesie, niedaleko autostrady, i rozmawiałem z lokalnym wodzem. Powiedział, że rozpoczął całą kampanię: domy są tam rozdawane prawie za darmo – zapłać cła i papiery i się wprowadź. Ale mimo dostępności, na razie nie ma chętnych. Może będziesz zainteresowany.
– Rzeczywiście, jest ciekawie – w głosie Siergieja Władimirowicza wyczułem błysk zainteresowania. – Przynajmniej spróbuję przez sezon. Jeśli mi się spodoba, to zostanę. Jeśli nie, to nie było mi pisane.
– Świetnie! I nauczę cię też łowić ryby. Tamtejsze miejsca są po prostu bajkowe. Szeroka rzeka, łąki, gęsty las. Sam kupiłbym dom, ale w przeciwieństwie do ciebie, pracuję rękami. W tydzień biegasz po schodach w górę i w dół tak dużo, że, jak to mówią, „łapy bolą, a ogon odpada”.
– Okej. Zorganizuję urlop.
– Wow! Ty, znany pracoholik, postanowiłeś wziąć urlop? – Piotr nie mógł ukryć zdziwienia.
– Tak. Postawię kogoś na jego miejscu i podniosę pensję. Moje dziewczyny z pierwszej drużyny są już dobrze zorientowane w biznesie – poradzą sobie. A gdyby coś się stało – mam samochód. Godzina jazdy samochodem to żaden problem.
– Pamiętaj tylko, że połączenie tam nie jest zbyt dobre. Przygotuj się na to, że zostaniesz bez połączeń.
– Dzięki za ostrzeżenie!
– Skontaktuj się ze mną…
…Na autostradzie, czując, że grunt usuwa mu się spod stóp, Siergiej Władimirowicz podszedł do swojej byłej sprzątaczki:
– Maria! Trudno mi znaleźć słowa, żeby się usprawiedliwić. Czuję się bardzo winny przed tobą. Wybacz mi, ale dopiero tydzień po twoim wyjeździe zorientowaliśmy się, kto cię wrobił.
– Amosowa? – Maria zmarszczyła brwi, ale w jej głosie nie było zaskoczenia. – Prawie zgadłem, ale postanowiłem milczeć. Szybko weszła do biura tego wieczoru, kiedy zniknęły pieniądze. I równie szybko je oddała. Nie widziałem, żeby otwierała sejf, ale z dźwięków zrozumiałem, że ktoś wszedł. A jej samochód był zaparkowany przed budynkiem, kiedy wszyscy już wyszli.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś w swojej obronie?
– A czy ty byś mnie posłuchała? – odpowiedziała rozsądnie Maria.
– Jak mogę to naprawić? Szukałam cię, ale nie mogłam cię znaleźć.
– Wiem. Oleg Pawłowicz powiedział, że dzwoniłeś, – Maria trochę się rozluźniła. – Po prostu nie miałam już na to czasu.
– Ale powiedział, że zabrałeś dokumenty i wyjechałeś przeze mnie!
– Naprawdę? – Maria lekko się uśmiechnęła. – Zemścił się na tobie, żeby sumienie go jeszcze bardziej gryzło. Mój ojciec umarł, a matka została sama i ciężko zachorowała. Nie było komu zostawić domu. Nie było wyboru.
– Uff, – Siergiej Władimirowicz odetchnął i natychmiast się otrząsnął. – Nie chodzi o to, że cieszę się z twojego żalu. Po prostu ta sytuacja naprawdę mnie dręczyła. Ciągle myślałem: „Zrujnowałem życie dziewczyny”. Teraz rozumiem, że Oleg Pawłowicz zemścił się na mnie w sposób wyrafinowany i konkretny.
– No, Siergiej Władimirowicz! Wszystko może się zdarzyć. Ale cieszę się, że porozmawialiśmy. A tak przy okazji, co robisz w naszej okolicy?
— Jadę na Zapolesie. Chcę zobaczyć dom.
— Naprawdę? To świetnie! Więc Jefim Pietrowicz postawił na swoim.
— Jefim Pietrowicz? Kto to?
— Sołtys. Ma zabawne nazwisko – Skorobogatko. Jak tylko objął urząd, postanowił ożywić wieś. Teraz promuje ideę, żeby mieszkańcy miast przyjeżdżali tu przynajmniej na lato.
— Dlatego jadę do niego. Ty też mieszkasz w Zapolesiu?
— Tak. Mamy dom przy głównej ulicy. Zapytaj, gdzie mieszkał Orłow – wszystko ci pokażą.
— Doskonale. Masz własne mleko?
— Oczywiście. Ja żądam pięćdziesiąt za litr. Sprzedaję przechodniom w puszkach, ale tobie dam, jak swoje, prosto w puszce – połowa zostaje. Wtedy możesz oddać pojemnik.
— Zgoda! Zobaczymy się jeszcze i porozmawiamy!
– Najpierw kup dom – uśmiechnęła się Maria. – W przeciwnym razie możesz zmienić zdanie i opuścić nasze zadupie.
– Nie wyjadę. Widzę, jacy ludzie tu mieszkają – dobrzy i uczciwi. Ale do miasta pojadę parę razy. Okazało się, że nie zabrałam ze sobą wystarczająco dużo rzeczy.
Wioska mieściła się w małym drewnianym domu z odpowiednim szyldem, ale okazało się, że jest zamknięty – najwyraźniej z powodu braku konieczności pracy na pełen etat. Jefima Pietrowicza szybko odnaleziono – pierwsza napotkana osoba wskazała mu solidny dom z bali niedaleko centrum Zapolesia.
Wieś była niesamowicie piękna. Z jednej strony otaczał ją las sosnowy, z drugiej – brzozowy gaj przylegający do brzegu szerokiej rzeki. Dało się jednak zauważyć, że ludność stopniowo się starzeje, a młodzież wyjeżdża do miasta.
Jefim Pietrowicz – silny siwowłosy mężczyzna w pasiastej koszuli i spodniach wojskowych, przypominający doświadczonego marynarza, serdecznie przywitał gościa:
– Większość opuszczonych domów nadal stoi pusta. Tylko niech nie przeraża was słowo „opuszczony”. Ja dbam o to, żeby wszystkie budynki były zakonserwowane. Więc – zdejmijcie deski z okien, otwórzcie drzwi i wprowadźcie się.
– A dawnym właścicielom to nie będzie przeszkadzać?
– Jesteś przesądny? – odpowiedział pytaniem na pytanie wódz wioski.
„Podobno tak się tu robi” – pomyślał Siergiej Władimirowicz, ale powiedział głośno:
– Wierzę, że jest coś na świecie, czego nie możemy