Mąż wysłał córkę do szkoły z internatem, podczas gdy jego żona odczekiwała zakończenie wyroku.

Klavdiya mocno zamknęła oczy. Dzięki Bogu, te trzy długie lata więzienia były już za nią. Musiała wytrzymać tylko godzinę lub dwie i będzie w domu, otoczona rodziną. „Och, gdyby tylko Pasza wyszedł mi na spotkanie…” – przemknęła jej przez myśl. Ale najprawdopodobniej znowu będzie zajęty pracą, jak zwykle.

W ostatnich miesiącach jej uwięzienia prawie się nie widzieli. „Praca, widzisz…” – powtórzył. I co mogła powiedzieć? Oczywiście, że rozumiała. Musiała to wytrzymać, przeczekać, jak burzę. Starała się nie wchodzić mu w duszę, nie narzucać się. Postanowiła dać mu przestrzeń.

Mikrobus zatrzymał się. Ludzie stopniowo wypełniali kabinę, zrobiło się ciasno. Stara Cyganka przestępowała z nogi na nogę przy drzwiach. Klavdiya zawsze unikała takich spotkań. Nie żeby się bała, ale ich nie lubiła. Nie było wolnych miejsc, stara kobieta stała.

Klavdia odwróciła się do okna, udając, że nic nie widzi. Autobus się trząsł, staruszka chwiała się na boki. Klavdia rozejrzała się po kabinie: młodzi ludzie, zdrowi faceci… Wszyscy siedzieli jak przyklejeni do siedzenia. Westchnęła i wstała.

– Usiądź.

Kobieta w jasnej chuście spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym zręcznie usiadła na siedzeniu i uśmiechnęła się zadowolona.

– Dziękuję, kochanie – wyszeptała, dotykając dłoni Klavdii i nagle zamarła. – Po co tam jedziesz? Opamiętaj się albo zmień zdanie. Nie ma potrzeby.

Klavdia zamarła.

– Po co? Jadę do domu, do męża.

– Jeśli teraz nie zboczysz z tej ścieżki – ciągnęła Cyganka – to wrócisz tam, skąd przyszłaś.

Klavdii przeszedł dreszcz.

– Nie dam ci złej rady. Rozumiem, że nie musisz mi ufać, ale będziesz żałować, jeśli mnie nie posłuchasz. Nie grożę, ostrzegam cię – powiedziała kobieta. – Nie chcesz wracać? Wyjdź wcześniej, rozejrzyj się. Pomyśl i zdecyduj, co nie zaszkodzi. Najpierw stwórz nowy plan, a potem działaj. Pamiętaj: gdziekolwiek pójdziesz, nie ma już dla ciebie miejsca. I wszyscy tak myślą.

Klavdia zamarła, jakby wrosła w ziemię. Nigdy nie wierzyła w cygańskie wróżby. Ale w czasie swojego uwięzienia słyszała różne rzeczy. „Dokąd teraz? Dlaczego nie ma już dla mnie miejsca w domu?”

– Jeśli nie masz uprzedzeń, chodźmy do mnie – zaproponowała staruszka. – Nie żyję dobrze, ale znajdę miejsce, gdzie będę mogła się zatrzymać.

Klavdia, jak we śnie, poszła za nią. „Wszyscy boją się Cyganów… – pomyślała. – A co oni mi zrobili? „Wydaje się, że nic złego się nie stało”.

„Nikomu nie życzymy źle i nie zrobimy tego” – potwierdziła Cyganka, jakby czytając jej w myślach. „Uwierz mi”.

Jej dom okazał się mały i stary, ale w środku było czysto, nowocześnie, a nawet przytulnie.

„Myślisz, że skoro jesteś Cyganką, to w kątach będą łachmany i brud?” – zaśmiała się staruszka. „Nie, moja droga, te czasy już dawno minęły. Moje dzieci żyją jak ludzie. Zdejmij kurtkę, chodźmy na obiad”.

Klavdia piła herbatę, ale jej myśli krążyły wokół jednego: „Ale ja szykowałam się do domu, do mojej ukochanej, do mojej córki…”

Staruszka znów wzięła ją za rękę. Długo i uważnie przyglądała się jej dłoni, potem spojrzała jej w oczy i z powrotem na rękę.

„Nie, moja droga, nie możesz iść do domu. Tam już nie ma dla ciebie miejsca – powiedziała. – Nikt nie będzie zadowolony, że cię widzi. A twojej córki też tam nie ma. Czeka na ciebie, ale nie tam. Najpierw dowiedz się prawdy, uspokój się, a potem podejmij decyzję.

Sarah, tak miała na imię Cyganka, nie powiedziała ani słowa aż do wieczora. Pościeliła Klavie łóżko na małej sofie, a sama położyła się za szafą, na łóżku. Klavdia długo się wierciła i przewracała, nie mogła spać. Rano szykowała się do wyjścia. Postanowiła najpierw pójść do Zoi, swojej przyjaciółki, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. „Może ona mi coś powie… Powiedz mi, co się dzieje w domu”.

Godzinę później Klavdia stała już przy płocie. Myśli kłębiły się w jej głowie. „O, do diabła z tą Cyganką! Co za bzdury…” Ale z jakiegoś powodu nogi niosły ją do Zoi.

Zoya dosłownie szeroko otworzyła oczy, gdy ją zobaczyła.

„Klavka?!” wydychała. „Jesteś tu? Widziałaś swojego męża?”

„Nie” odpowiedziała Klavdia.

Zoya złapała ją za rękę i pociągnęła do domu.

– Wejdź, napijmy się herbaty, załatwimy to. Dobrze, że przyszłaś!

Serce Klavdii zapadło się w piętach. „Nie podniecaj się” przypomniała sobie słowa Sarah. Musiała się uspokoić.

Zoya szybko wszystko rozłożyła na stole i zapytała:

– Może nalać ci czegoś mocniejszego?

– Wiesz, że tego nie lubię – odpowiedziała Klavdia.

– Tak, tak… Siadaj już! – Zoya podniosła nieco głos. – No to powiedz, jak się czujesz?

– Jeszcze nie – odpowiedziała Klavdia. – Dopiero co przyjechałam, ale z jakiegoś powodu nie odważyłam się wejść. Postanowiłam przyjść najpierw do ciebie.

Zoja złapała oddech, jakby nie mogła znaleźć słów.

– Dzięki Bogu, że przyszłaś najpierw do mnie. Zrobiłaś właściwą rzecz. Tylko… Jak mam ci powiedzieć? Klav, jesteś mądrą kobietą, wiesz, że potrafisz robić takie rzeczy w ferworze chwili, a teraz na pewno nie możesz wychylać się.

– No, mów już! Co się dzieje?! – Klavdia nie mogła się powstrzymać.

– W każdym razie, jakieś trzy miesiące temu twój mąż przyciągnął jakąś panią. Była taka… Królowa! Zadzierała nos, jakby była umazana miodem. Inni wstydziliby się przed żyjącą żoną, ale ta chodzi jak szefowa. A potem… bum! – i Dasza zniknęła. Sąsiedzi i ja wszystko wywąchaliśmy. Klav, wysłano ją do szkoły z internatem. Twój mąż i ta kochana powiedzieli, że dziewczyna jest w „trudnym wieku”, że robi takie rzeczy, że powinna albo iść do ośrodka dla nieletnich, albo tam. Tak czy inaczej, odsunęli ją.

Klavdia

zbladła, a Zoyka zaczęła biegać po pokoju.

– Wiesz… Spokojnie! Ona jest normalną dziewczyną, nie było tam nic szczególnego. Ona po prostu ich zaczepiała, wiesz? Była tam tylko kilka miesięcy. Lyubka Alferova i ja poszłyśmy sprawdzić. Czekaj, mam gdzieś adres…

Zoyka podskoczyła i pobiegła do innego pokoju. Wróciła z kartką papieru.

– Weź ją. Dasza jest tam.

Klavdiya wzięła notatkę i schowała ją do kieszeni.

– Zoy, przepraszam… Muszę iść. Pewnie pójdę.

Zoyka spojrzała na nią uważnie i skrzywiła się.

– Nie spiesz się tak! Wyglądasz, jakbyś nie tylko wyszła z więzienia, ale też przeszła pół kraju. Nie powinnaś się tam pojawiać wyglądając w ten sposób. Chodźmy…

Klavdiya wyszła z domu Zoy dopiero następnego dnia. Jej przyjaciółka przebrała się, ścięła włosy i dodała trochę makijażu. Teraz była prawie nie do poznania. Gdyby ktoś ją zobaczył, z pewnością nie zgadłby, że właśnie wyszła z więzienia.

Klavdia wyszła na zewnątrz, spojrzała kątem oka na swój dom i przeszła obok. Dobrze, że Zoya dała jej trochę pieniędzy.

„Zoya, uratowałaś mnie” – powiedziała Klavdia. „Oddam ci pieniądze, na pewno z odsetkami”.

„Chodź, Klav, nie spieszę się. Wręcz przeciwnie, chcę pomóc ci wydostać się z tego bałaganu” – odpowiedziała Zoya.

„Tak, to bałagan… Pasza przysiągł, że wszystko będzie dobrze. Jakby gdyby coś się stało, to by to zakrył, bo jest szefem. „Nawet jeśli ktoś spojrzy na ciebie krzywo, nie zostawię cię” – przedrzeźniła Klavdia. „Więc cię krył. Jak mogłam nie zauważyć, z kim mieszkałam przez tyle lat…

„Od razu zrozumiałam, że nie zrobiłabyś takich rzeczy” – przerwała jej Zoyka. „Pasza zawsze był śliski. Mówiłam ci, a ty ciągle powtarzałaś: „Kocham cię, kocham cię”. Tak to się dzieje, prawda? Okej, zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

Sarah spojrzała prosto w oczy Klavdiji. Jakby mogła ją przejrzeć na wylot.

„No i jesteś, wróciłaś” – powiedziała. „A jak się zmieniłaś… Widziałaś swojego męża?”

Klavdija pokręciła głową.

„Tak jest” – skinęła głową Sara. „Powiedz mi, jakie masz wieści”.

Klavdija zaczęła od samego początku. Jak się poznali, wzięli ślub, snuli plany, pracowali razem, marzyli o własnym biznesie. Jak wychowali córkę. Potem opowiedziała, jak uwierzyła Pawłowi, gdy przekonał ją, by przetworzyła dokumenty przez dział księgowości. Wyczuła, że ​​coś jest nie tak, ale on ją uspokoił: „Sprawdziłem wszystko. Nie bój się. Staram się dla nas. Nikt się nie dowie. A jeśli coś się stanie… Nie zostawię cię, wszystko rozwiążę sama”.

„Dotrzymałaś słowa?” zapytała Sara.

Klavdia tylko wzruszyła ramionami. Sara słuchała w milczeniu, nie przerywając. Klavdia kontynuowała:

„Nie mogę się z tego sama wydostać. Potrzebuję kogoś, kto rozumie prawo. Ja rozumiem tylko liczby. Ale gdzie mogę znaleźć taką osobę?” westchnęła. „Każdemu trzeba zapłacić, a pieniądze… Zoika dała mi trochę, ale to nie wystarczy na nic”.

„Muszę zadzwonić. Rusłan, mój syn, jest prawnikiem. Kompetentnym”, powiedziała Sara. „Nie myśl, że bycie Cyganem oznacza bycie leniwym lub głupim. To nieprawda. Rusłan nie odmówi”. Klavdiya miała nadzieję, że pomoże on wywrzeć presję na Pawła, aby przyznał się do winy lub naprawił konsekwencje swoich czynów. Trochę się bała, że ​​taka pomoc może tylko zaszkodzić. Ale nie miała innego wyjścia, więc się zgodziła. Głowa bolała ją coraz bardziej.

Kilka godzin później pod dom Sary podjechał duży samochód. Wszedł do środka mężczyzna około czterdziestki, ubrany od stóp do głów. Nie było w nim ani krztyny Cygana – zwykły mieszczuch.

– Mamo, cześć!

– Znowu źle spałaś? Spójrz na te cienie pod oczami – mruknęła Sara.

Klavdiya powiedziała cześć.

– Zapomniałam ci powiedzieć – uśmiechnęła się Sara. – Mój mąż był Rosjaninem. Dzieci odziedziczyły po nim. A Rusłan jest prawnikiem, i to bardzo dobrym.

Kiedy nakrywali do stołu, mruknął żartobliwie:

– Mamo, wiesz, ile lat moi bracia i ja próbowaliśmy cię stąd wydostać? A ona nic nie zrobię!

– Robię właściwą rzecz! – warknęła Sara. – Tutaj jestem w domu, ale tam będę gościem.

– Tak, bądź tam gospodynią! – uśmiechnął się Rusłan.

– Weźmy się do roboty, nie dlatego do ciebie zadzwoniłam…

Klavdia długo opowiadała swoją historię. Rusłan chodził po pokoju w milczeniu.

– Rano pójdziemy do Daszy – powiedział. – Nie sądzę, żeby były jakieś problemy. Zabierzemy dziewczynę, wszystko sformalizujemy. A potem – jak będzie wymagała sytuacja.

Klavdia nigdy nie była tak zmartwiona, nawet kiedy słuchała wyroku sądu.

Dasza wyszła z gabinetu dyrektorki internatu. Szła korytarzem i nie rozumiała, kto ją wezwał i dlaczego. I wtedy zobaczyła Klavdię.

– Mamo! – krzyknęła i rzuciła się, żeby ją przytulić. Stali tam, cicho szlochając.

Dom Sary zrobiło się trochę ciasno, ale starsza kobieta nie narzekała. Wręcz przeciwnie, krzątała się po domu, tajemniczo się uśmiechając.

Tego samego dnia Rusłan zadzwonił do siostry. Poprosił ją, żeby przyszła z mężem, prawnikiem. Okazało się, że Cyganka Sara miała znajomości nie gorsze niż burmistrz: jej syn był prawnikiem, jej zięć prawnikiem, a siostrzeniec zmarłego męża pracował w prokuraturze.

Pod wieczór dom Sary zamienił się w prawdziwą kwaterę główną. Zebrali się tu ludzie gotowi pomóc Kławdiji. Nigdy wcześniej nie widziała takiej jedności i wsparcia.

Do rana wszystko było zaplanowane: kto co zrobi, jakie kroki podjąć. Kławdija kiwał głową, odpowiadał na pytania, ale cała inicjatywa pochodziła od nich.

Paweł trzasnął drzwiami, zacisnął pięści, ale szybko się rozluźnił. Był zmęczony. Weroszka rzuciła kolejny atak złości.

Weroszka jest modelką

ь, wszyscy mężczyźni mu zazdrościli. A ona doskonale znała swoją wartość i umiejętnie nim manipulowała. Dziś wysunęła nowy kaprys: zażądała, aby dom został przerejestrowany na jej nazwisko. Paweł zamarł w szoku. Dom był jego, włożył w niego tyle wysiłku i pieniędzy…

A nie mógł rozwieść się z Klaudiją – wtedy dom pozostałby jej. Chociaż rodzina zawsze była przez nią wspierana, pieniądze wydawały się teraz stracone. Verka nie mogła znieść odmowy i natychmiast wybuchnęła płaczem. Paweł zrozumiał, że taki związek jest już dość nudny. Jej niekończące się histerie, ciągłe wyrzuty. I martwił się o córkę, choć rzadko.

A potem Klaudia wkrótce odejdzie… To również był problem, który spadnie na jego „biedne” barki. Paweł siedział, użalając się nad sobą, gdy dźwięk otwieranej bramy przerwał mu myśli. Odwrócił się do okna i wzdrygnął. No cóż, to już koniec! Klaudia weszła na podwórze.

Spotkał ją w drzwiach.

„Skąd jesteś…?” wyszeptał.

Kławdia odpowiedziała jakoś zbyt spokojnie, wręcz dziwnie:

„Nie wiesz, gdzie byłem? Czekałeś na mnie tak długo?”

„Tak… Oczywiście…”

Paweł wycofał się do domu, a Kławdia dosłownie odepchnęła go wzrokiem. Cofnął się, aż drzwi do salonu się otworzyły.

„Powiedz mi, Pawłuszo, jak za mną tęskniłaś. Jak biegłaś po sądach i prawnikach, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Nie chcesz mi powiedzieć? Hmm… To wszystko. Albo może powinniśmy pamiętać, dlaczego w ogóle tam trafiłem? Czy to nie przez ciebie?”

Paweł był w szoku i nie zauważył, jak dwa samochody podjechały pod dom i ludzie wysiedli.

„Kławoczka, wszystko się tak pokręciło… Naprawdę próbowałem…” mruknął.

„Szczerze, co? A gdzie twoja córka?”

— Ja… No, rozumiesz…

— Tak, Pasz, rozumiem.

Klavdia zrobiła krok dalej, ale Paweł rozłożył ręce, próbując zablokować jej drogę.

— Klav! Nie jest… posprzątane. Jestem tutaj…

Klavdia weszła do kuchni. Malowana dziewczyna rozłożyła się w swoim ulubionym fotelu i demonstracyjnie popijała herbatę z filiżanki z weselnego zestawu. Klavdia spojrzała z obrzydzeniem na zaskoczoną Werochkę, podeszła do okna i pomachała komuś na zewnątrz.

— Pasz, co do cholery robi tu ta owca?! — krzyknęła Werochka. — Obiecałeś, że zrobisz wszystko, żeby tam umarła!

— Tak, ty… — zaczął Paweł, ale urwał.

— Obiecałeś! — kontynuowała Werochka. — A jak tylko ją zobaczyłeś, znów się przed nią rozłożyłeś!

Klavdiya podeszła do drzwi i je otworzyła. Rusłan wszedł, a za nim policjant.

Wieroczka zamarła z otwartymi ustami, a Paweł się cofnął. Zrozumiał, że jego żona wyciągnęła lekcję życia i postanowił nauczyć go tego samego. Paweł nie stawiał oporu, nie sprzeciwiał się i nie zwracał już uwagi na piski Weroczki.

Pół roku później Klavdiya i Rusłan wzięli ślub. Klava nie mogła sobie wyobrazić, że los tak się potoczy. Później często przypominała sobie słowa Sary, która zmarła wkrótce po ślubie syna: „Cyganie nic ci złego nie zrobią. Pamiętaj o tym”. Staruszka prawdopodobnie wiedziała, jak wszystko się potoczy.

Related Posts