Nie zdążyłaś zostać moją teściową, a już próbujesz budować? – Eugenia była oburzona
– Zhenya, nie martw się, wszystko będzie dobrze – Michaił ponownie próbował uspokoić pannę młodą.
Ale Zhenya, zarumieniona albo od mrozu, albo od zmartwień, potrząsnęła głową.
– Nie, Misha, nie będzie dobrze. Nie będzie. Nie z twoją mamą.
Co mi mówiłeś, kiedy mnie przedstawiałeś?
„Nie martw się, mama zaakceptuje każdą moją decyzję”.
Tylko że to, co się teraz dzieje, nie wygląda na akceptację. W żadnym wypadku! Nie ma to żadnego sensu.
– Żenia, poczekaj trochę. Mama po prostu się o mnie martwi, z czasem się uspokoi.
– Misza, nie chcę czekać, aż minie czas. Chcę, żeby w rodzinie było spokojnie TERAZ.
Bo ślub mamy za dwa miesiące, a jeśli to wszystko będzie trwało dalej, to nie ma sensu, żebym za ciebie wychodziła.
– Jak to? – zdziwił się Misha. – Tak o tym marzyłaś, a teraz się wycofujesz?
Przecież wszystko już zaplanowaliśmy, rozesłaliśmy zaproszenia, nawet suknię dla ciebie kupiliśmy…
– Nie waż się teraz mówić o sukni! Nie waż się!
Wiesz, co powiedziała mi twoja mama, i to w sklepie?
Kiedy pojechałyśmy z nią i moją mamą wybierać suknię! Opowiadałam ci…
– Żenia, to była tylko przestarzała tradycja.
– Nie, Misha. Kiedy kobieta, widząc potencjalną synową w białej sukni, mówi TAK – to w ogóle nie ma nic wspólnego z tradycją.
To niemal bezpośrednia zniewaga.
„Dziewczynko, może lepiej wybierz inny kolor? Biała suknia jest symbolem czystości i moralności, a ty, jak rozumiem, miałaś mężczyzn przed Miszą, to nie wygląda dobrze” – zacytowała Żenia.
– To tak samo, jakby nazwać przyszłą synową dziwką… Tam stały biedne sprzedawczynie i nie wiedziały, gdzie podziać oczy.
Mama powiedziała, że prawie ją tam zabiła, powstrzymało ją tylko to, że sama stałaby się taką samą jarmułką z targu.
– To ty nazwałaś moją mamę jarmułką z targu?
– A kim ona jest, Miszu? Zachowuje się jak prawdziwa babka z targu. Z tych, które tylko chcą wcisnąć swoje graty za trzy grosze.
A ty na odwrót – tylko chcesz zepsuć związek.
Sam pomyśl, od czego to wszystko się zaczęło?
Jak tylko ogłosiliśmy, że chcemy się pobrać, jakie były słowa twojej mamy, przypomnieć?
– Nic takiego nie powiedziała. Powiedziała tylko, żebyśmy się nie spieszyli. Zrozumiałbym, gdyby to była ciąża, ale tak…
– I nic cię w tym nie dziwi, prawda? Na przykład to, że mieszkaliśmy razem przez dwa lata? I spotykaliśmy się jeszcze przez półtora roku?
I to, że twoja mama poznała twojego ojca na pierwszym roku studiów, a na drugim już poszli do urzędu stanu cywilnego?
Zaznaczam, że nie osądzam – w przeciwieństwie do twojej mamy wiem, że każdy żyje tak, jak chce, i nie należy się wtrącać.
Ale sam fakt istnienia podwójnych standardów i takiej pokręconej logiki bardzo mnie denerwuje.
– A mnie denerwuje to, że nie zdążyłaś zostać moją żoną, a już zaczęły się jakieś problemy.
– A twoja mama nie zdążyła zostać moją teściową, a już próbuje mnie pouczać. Nie potrafię tego pojąć, Miszu.
Żeby mnie pouczać, mam szefa w pracy. I w tej pracy płacą mi niezłą pensję, między innymi za jego kaprysy.
– Sugerujesz, że powinienem ci płacić, żebyś normalnie rozmawiała z moją mamą?
– Nie – wycedziła z irytacją Evgenia.
Zrozumiawszy, że rozmowa znalazła się w impasie, zdjęła pierścionek z palca i położyła go na stole.
– Nie sugeruję, mówię wprost, że nie potrzebuję tego całego nerwokręta. Nie będzie ślubu.
Nie zamierzam znosić przez całe życie człowieka, który wyciera o mnie nogi, a do tego mężczyzny, który pozwala matce na takie zachowanie.
– A więc taka jest twoja miłość, wielka i jasna.
Żony dekabrystów pojechały za nimi na syberyjskie katordze, a ty nie potrafisz pogodzić się z charakterem mojej matki.
– Dokładnie, ludzie wyjechali za ukochanymi na katordze, a ty nie potrafisz nawet ochronić mnie przed własną matką.
Nie potrzebuję takiego partnera, Miszu. Koniec rozmowy.
Zły i zdenerwowany Michaił wyszedł z mieszkania Jewgienii.
Pierścień nieprzyjemnie ciągnął w kieszeni, a próby zrozumienia tego, co się dzieje, były po prostu niemożliwe.
Jewcia wydawała mu się przecież normalna. A teraz, gdy zaczęły się przygotowania do ślubu, pokazała mu zupełnie inne oblicze.
Jak ona nie rozumie, że mama to mama, bez względu na wszystko. Michaił nie jest w stanie po prostu wykreślić jej ze swojego życia…
Gdyby była jedną z tych matek, które biją dzieci, porzucają je, ignorują – wtedy nie byłoby żadnych pytań.
A tak wychowała go sama, postawiła na nogi, bez niej Michaił nie miałby nic.
I nawet jeśli z wiekiem pojawiły się jakieś kaprysy…
– Cześć, synku. Dlaczego jesteś taki smutny, coś się stało? – przywitała go matka w progu, gdy tylko wrócił do domu.
– Żenia zwróciła pierścionek. Mówi, że nie będzie ślubu.
– W końcu znów jesteś ze mną, kochanie – uśmiechnęła się matka, obejmując Michaiła.
Prawdopodobnie słowa te wymknęły się same, bez jej kontroli, ale Michę oblała lodowata woda.
– Co to znaczy? – zmarszczył brwi. – Czy ty to wszystko specjalnie załatwiłaś?
– Kochanie, jak mogłabym. Po prostu Żenia jest zbyt nerwowa, wystarczy, że atmosfera się zagęści, a ona od razu zaczyna krzyczeć, płakać, awanturować się…
A teraz pomyśl, jak byś z nią żył? Budował rodzinę? Wychowywał dzieci?
Wiesz, ile konfliktów by się pojawiło z biegiem czasu?
A gdyby na każdy reagowała tak, jak na moją uwagę o sukience – co by to było, co?
– Marta, proszę, przestań na chwilę – rozległ się nagle z salonu znajomy, władczy głos.
– Babcia? – Misha uśmiechnął się.
O tym, że przyszła mama teściowej, nikt od początku nie wspomniał. – Cześć, babciu. Mogłaś powiedzieć, że przyjedziesz.
– Nie do ciebie przyszłam. Do niej. Urodziła córkę na swoje nieszczęście. Zrujnowała sobie życie, a teraz jeszcze synowi wszystko zepsuła.
A ty co, idź… wnuczku? Nie zauważyłam cię – babcia, jak zwykle, mówiła prosto z mostu, nie zważając na emocje innych.
Zawsze tak się zachowywała, więc Michaił już dawno nauczył się wyłapywać sedno z potoku przekleństw.
Teraz jednak sedno uparcie nie chciało się ujawnić.
– Co masz na myśli?
– To, co mam, to dam – zażartowała babcia. – Nie masz ognia? – Z kieszeni wyciągnęła paczkę tanich papierosów.
– W naszym domu nie pali się, mamo.
– O Boże, jacyż to jesteśmy delikatni. Chodźmy na ulicę, wnuczku, wyprę ci mózg, jeśli go znajdę.
Już na ulicy Misza wysłuchał długiej wykładu o tym, że „twoją rodziną powinna być teraz żona i dzieci, mama przechodzi do kategorii krewnych”.
O tym, że „mamie trzeba pomagać, ale tylko ostatni pozwoli jej znęcać się nad swoją narzeczoną…”.
Na deser – „spójrz na sąsiada Toli, który w wieku pięćdziesięciu lat jest sam, a wszystko dlatego, że kochająca mama przegania wszystkie synowe”.
Nie oszczędzono też analizy sytuacji. Tak, powiedzieć podekscytowanej narzeczonej, że biała suknia nie pasuje jej, ponieważ nie jest już dziewczynką, w dzisiejszych czasach może tylko pełna…
Ponieważ czasy się zmieniły, mężczyźni i kobiety też się zmienili i to, co sto pięćdziesiąt lat temu było nie do pomyślenia, teraz jest w porządku.
– To sam Zhenya pociągnął ją pod wianek nie wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy, ale dopiero po tym, jak razem zamieszkali.
A przedtem, mój wnuku, nie prowadziłeś cnotliwego życia. Więc dlaczego pozwalasz swojej matce nazywać swoją narzeczoną niemal wprost „dziwką”?
Albo jeszcze…
Kiedy wrócili do mieszkania, uszy Michaiła płonęły. Poszedł do swojego pokoju i próbował się uspokoić, ale co chwilę nasłuchiwał krzyków dochodzących z pokoju matki – babcia poszła do niej.
– … jeśli byłaś na leczeniu u psychiatry lub narkologa, albo siedziałaś w więzieniu… A tak – czego ci jeszcze trzeba?
Syn jest szczęśliwy, resztę sami sobie rozgryzą.
Czy ja ci choć słowo powiedziałam, kiedy przyprowadziłaś ojca Myszki?
A przecież jemu też mi się nie podobał, komu by się podobał, kiedy przychodzi jakiś facet i domaga się praw do twojej córki.
Ale ja, Wika, milczałam, bo mam rozum i rozumiem, że w pewnym momencie trzeba wysłać dziecko samego, żeby nabrało doświadczenia i nawiązało relacje.
Kiedy zatrzasnęły się drzwi wejściowe, Misza wyszedł ze swojego pokoju. Matka poszła do kuchni, wyjęła z szafki buteleczkę z uspokajającym i zaczęła odmierzać odpowiednią dawkę.
– Nalać ci? – zapytała.
Misza pokręcił głową. Włożył rękę do kieszeni, znalazł pierścień i wyszedł na korytarz.
Jeśli Żenia mu wybaczy…
Żenia wybaczyła. Być może dlatego, że Misha był bardzo przekonujący w swoich argumentach i szczegółowo opisał burzę, jaką zgotowała im babcia.
Przygotowania do ślubu przebiegły bez większych nerwów, podobnie jak sama uroczystość.
Tam Żenia poznała tę niezwykłą kobietę, która dokonała niemożliwego – włożyła trochę rozumu w głowę maminsynka, czyniąc go bardziej podobnym do człowieka.
Nie miała już żadnych konfliktów z nową teściową. Tylko raz, kiedy kobieta próbowała powiedzieć synowej, że nie prasuje pościeli zgodnie z zasadami, Żenia uśmiechnęła się cicho i spuszczając wzrok, odpowiedziała.
– Powiem babci, że tak pani nie podoba, ona nauczy mnie inaczej.
– Ależ nie babci, chciałam tylko doradzić.
– Dziękuję, kiedy będę potrzebowała twojej rady, na pewno cię o nią poproszę.
I nie było już żadnych rad ani prób kontroli ze strony teściowej.
Oto sekret szczęścia rodzinnego – teściowa powinna mieć mamę, gotową w każdej chwili „rozwiązać” narastającą kłótnię z udziałem córki.
I to nie na korzyść tej ostatniej, ale tak, aby winowajcy zostali ukarani.